[bu]

sesja mi się zaczyna i z tego powodu mam oczywiście wenę większą niż zwykle. (albowiem oczywiste jest, że zamiast pisać pracę magisterską zdecydowanie lepiej jest napisać kilka głupot na blogu.) wczoraj byłam nawet w szkole, co mnie nerwowo rozstroiło do tego stopnia, że najpierw nie mogłam spać przez większość nocy, później dopadły mnie dolegliwości ciążowe, których jeszcze nigdy nie miałam (zgaga, chyba w ogóle pierwszy raz w moim życiu oraz różne dziwaczne bóle właściwe ciężarnym), a jak już wróciłam z zajęć to padłam trupem, jednym okiem łypiąc jeszcze na dziecko. ale jak już doczekałam się powrotu Męża to padłam na amen i przespałam prawie cały wieczór, z przerwą na obiad, który też ugotował mój dzielny Mąż, bo ja już nie ruszałam nawet palcem. a już na sam koniec dnia dopadła mnie wspaniała histeria i się wreszcie mogłam porządnie wyryczeć (prawie tak, jak nad smutnymi naleśnikami). wreszcie poczułam się pełnowartościową babą w ciąży.
******************************************
ostatnie ulubione powiedzonko Gabrysia: „mam hipotezę”.

kilka dni temu w trakcie jedzenia zupki, Gap siedzi na kanapie, zupka już prawie zjedzona: „czy mogę odejść od stołu?”… chwila zastanowienia… „czy mogę odejść od tej kanapy?”

a dziś w trakcie lepienia modelinkowych literek (bo mama się za bardzo wtrącała): „nie przeszkadzaj mi, ty mały łobuzie!”

[so this is Christmas]

co za życie… święta mnie w tym roku zaskoczyły jak zima drogowców… albo jak liście na drzewach… albo jak nie wiem co, w każdym razie jakoś kompletnie nie czuję się na świętowanie, może dlatego, że nie ma śniegu (chociaż wczoraj wieczorem coś tam sypnęło na naszą Chomiczówkę, ale nie wygląda jakby miało zamiar się utrzymać). z powodu ograniczonych funduszy postawiłam sobie za cel skompletowanie prezentów w możliwie jak najbardziej oszczędny sposób, ale to oznacza, że trzeba poświęcić im nieco więcej czasu. a wieczorami jest zawsze pięć tysięcy rzeczy do zrobienia (w pozostałych momentach dnia jest ich trzy razy więcej, więc tym bardziej nie wiem jak miałabym jeszcze czynić rękodzieło). wytwarzanie prezentów dla tej części rodziny, która mogłaby się ucieszyć z takich marnej jakości pierdół (czytaj: kobiet) okazuje się szalenie pracochłonne. targnęłam się również na wytworzenie domowej przyprawy do piernika i pierniczków z jej dodatkiem. przyprawa chyba wyszła, pierniczki o dziwo również (nawet się nie przypaliły, jestem pod wrażeniem). dziś razem z Gapem udekorowaliśmy je prawdziwym (nie z torebki :P) lukrem i posypką, i wyglądają tak świątecznie i pięknie, że aż bym się pochwaliła, ale nie chce mi się dociekać jak się tu wrzuca zdjęcia :P
codzienność natomiast jak zwykle mnie przytłacza do podłogi. śpię po 10 godzin (mam takie dziwne dziecko, które mi na to pozwala), a mimo to i tak zasypiam przy każdej nadarzającej się okazji. z powodu tego, że śpię, Gap nauczył się obsługiwać wszystkie domowe sprzęty – rano włącza sobie telewizor, przełącza na wybrany kanał, jak chce coś na DVD to też sobie włączy, nalewa sobie wody, jak chce pić, a jak jest głodny to wygrzebuje chleb z chlebaka i wcale nie potrzebuje do niczego mamy. to straszne. czuję się naprawdę wyrodną matką. a on jeszcze od tego wszystkiego zaczyna świetnie łapać alfabet w wersji polskiej i angielskiej, nauczył się paru nowych piosenek (w tym właśnie angielskiego alfabetu oraz „Wyginam śmiało ciało”, więc teraz potrafi nas uraczyć tekstem „gdy słodka jest, bez makijażu ma być, figurę ty masz, dla faceta już się liczy”…), liczy po angielsku i opowiada nowe historie na dobranoc (generalnie króluje Czerwony Kapturek oraz Jaś i Małgosia, ale z reguły robią całkiem co innego niż się to wydawało całemu światu do tej pory).
stworzenie zamieszkujące mój brzuch daje o sobie znać dość intensywnie (a przynajmniej intensywniej niż to robił straszy brat), kopie w najmniej ciekawe miejsca (zwłaszcza z wielkim upodobaniem ugniata mój pęcherz :)) i chyba ma jakieś problemy z ustawieniem się w pozycji „na nietoperza” – wnioskuję to przynajmniej z tych dziwacznych akrobacji, które wykonuje. ale za to rośnie podobno zdrowo i wszystko ma na swoim miejscu. mama natomiast nie ma czasu chodzić na badania ani do lekarza, co jest oczywiście strasznie złe… przez to wszystko mam wrażenie, że czas biegnie tak szybko, że te dziewięć miesięcy minie niemal niezauważenie. pierwszą ciążą można się było delektować, czytać sobie poradniki, rozmyślać i kupować z namaszczeniem wszystko co trzeba, a w drugiej, kurczę, jakoś zupełnie nawet nie myślę, że jestem w ciąży… może dlatego Maluch musi mi dobitniej o tym przypominać :).
o reszcie nieprzyjemnych rzeczy, które mi się w ostatnim czasie zwaliły na głowę (lub planują to zrobić w najbliższych dniach) wcale nie będę pisać, bo nie ma to chyba sensu.

z najnowszych tekstów Gabrysia – dzisiejsza pośpiewajka: „będę lekarzem, kiedy się wyśpię”.

[jestem lewem]

Gabryś, wczoraj w okolicach przedpołudnia:
- Mamusiu, idę do placy, zalaz wlócę.
I wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił i stwierdził:
- Kulce, nie wiem gdzie jest placa… Pomozes mi znaleźć?
Mama oczywiście się zgodziła pomóc dziecku w szukaniu pracy, ale Gabryś wpadł sam na świetny pomysł.
- Wiem, w sklepie jest placa. To idę, pa pa, pa pa!

Wieczorem, Tata i Gabryś wylegują się na kanapie. Gabryś stwierdza:
- Jestem lewem! I lyce: łaaaaaaaa!
Po czym rzucił się na Tatę i zaczął go „gryźć” po brzuchu :)

Wesołe jest życie z dwulatkiem :)

[again and again]

no dobrze, wróciłam do domu:). już jakiś czas temu oczywiście (a właściwie, to w tej konkretnej chwili akurat znów jestem w Bełchatowie… co za los… ale to chwilowe). napełniłam sobie lodówkę i nawet ugotowałam już parę obiadów, choć wciąż część naczyń stoi poukrywana na balkonie/w czeluściach garderoby/lub nikt nie wie gdzie. bo to sprzątanie to idzie jakoś tak wyjątkowo opornie, cholera… z jednej strony ja się za szybko męczę, a Mąż, po powrocie z pracy spędza czas z dzieckiem i też nie ma za wiele okazji do sprzątania (dzieć jednak woli wyjść na plac zabaw, no albo chociaż do kupuj w Tesco). ze strony drugiej jest jakoś mnóstwo innych rzeczy, którym trzeba często poświęcić maksimum uwagi – na przykład pisanie pracy magisterskiej (drugi rozdział udało mi się również oddać w terminie, choć wciąż nie wiem, jak to zrobiłam :)). natomiast jest też trzecia strona, czyli to, że jakoś ilekroć zetrę sobie kurze z półek, to one, cholera, natychmiast pojawiają się znowu. naczynia brudzą się w tempie większym niż błyskawiczne. zabawki rozrzucają się jeszcze szybciej. naprawdę nie wiem, jak one to robią… („zabawki widzą wszystko, Sid… więc baw się GRZECZNIE”. naprawdę czuję się jak mama Borejko. tylko, że ona po kilkudziesięciu latach małżeństwa biegle odgadywała cytaty łacińskie, a ja chyba będę robiła to samo z cytatami z filmów. ciekawe, jak te książki z dzieciństwa kształtują charakter jednak… momentami mam wrażenie, że jestem mieszanką moich ulubionych bohaterek literackich:)). w każdym razie jest taki ogrom rzeczy do zrobienia (jak zawsze), że nie mam nawet czasu zrobić Listy Bardzo Ważnych Rzeczy Do Zrobienia. nie mówiąc o realizacji.
zdecydowanie więc nie sypiam tyle ile powinnam, zwłaszcza nocami, bo z kolei rano (? pojęcie względne…) nie mogę się za nic obudzić, dzięki czemu syn nauczył się już samodzielnie obsługiwać DVD (jestem straszną matką, wiem :(). nie robię też zbyt wiele tego, co moja Pani Doktor określa mianem „oszczędzania się”, czyli „owszem, może pani chodzić, tylko nie więcej niż 10 metrów naraz”. co prawda, póki co nie dostałam jeszcze tego zalecenia, bo nawet nie mam anemii(sukces! :)), choć może w tej chwili to już się zmieniło, ani innych paskudztw. ale obawiam się, że przy okazji kolejnego spotkania jednak coś takiego usłyszę. no tylko jak ja się mam niby oszczędzać? :( jem za to bardziej przepisowo, choć ryb oczywiście nie tykam, ale skoro Gap mimo niedoborów kwasów omega i innych jest takim geniuszem, to może drugi Bobek też da radę :). od jakichś chyba trzech tygodni rusza się już na tyle wyraźnie, że jestem w stanie z pewnością stwierdzić, że to on, a chyba nawet wcześniej już trochę dawał o sobie znać. jest również bardzo grzeczny, bo budzi się ilekroć go o to poproszę i ładnie kopie, albo chociaż przekręca się na drugi bok, żeby dać zmartwionej matce znać, że mimo kuksańców od starszego brata, przepracowania i braku życiodajnych składników w pokarmie, miewa się całkiem nieźle :). brzuch też już mam od biedy zauważalny, co mnie niezmiernie cieszy :). oczywiście prawdopodobnie większość ludzi nadal zastanawia się, czy to ciąża czy tłuszcz (ja też), ale ci co wiedzą, twierdzą, że „widać, widać” :).
sen z powiek spędza mi także kwestia moich studiów, bo, jak się dowiedziałam od księdza dziekana, na naszym wydziale nie ma indywidualnego toku studiów, więc naprawdę nie wiem, jak mam rozwiązać problem mojej nieobecności na wykładach, oraz ich zaliczenia, do których obecność bywa potrzebna… głupio byłoby nie skończyć studiów teraz, kiedy został mi rok do magistra, zwłaszcza, że nie jest to pierwszy przypadek, który wymaga nieco pokombinowania. choć tym razem wygląda to jakoś bardziej beznadziejnie… może dlatego, że po czterech latach mam już tego trochę dosyć?

szukam również pomysłu na biznes, który pozwoliłby mi być mamą na pełny etat i przy okazji trochę dorobić do domowego budżetu:). czy ktoś ma jakiś pomysł? :)

nie wiem skąd mi zaraz przychodzi do głowy, że niby moje wybory życiowe są uważane za złe. ja uważam je za bardzo dobre. odnoszę nawet wrażenie, że ich słuszność potwierdza się w praktyce, choć oczywiście moje życie nie jest tylko pięknym konstruktem, który zawdzięczam wyłącznie sobie i swojej absolutnej wspaniałości. wydaje mi się tylko, że odbija się echem schemat sprzed trzech lat i ciekawi mnie czemu, do cholery, znowu?

nieważne.

niestety wciąż siedzę w Bełchatowie. chyba dochodzę po jakiejś sinusoidzie do kolejnego momentu, kiedy wszystko zaczyna mi działać na nerwy i przy okazji ja też zaczynam innym działać na nerwy. nie lubię jak ktoś ustawia mój plan dnia, jak również plan dnia mojego dziecka, wprowadza swoje sposoby na zbyt dużo rzeczy i trzęsie się nad wszystkim milion razy bardziej niż to konieczne. dwulatek naprawdę nie potrzebuje zakładać grubych rajstop pod spodnie tylko dlatego, że temperatura spadła poniżej 20 stopni, a alergia, nawet bardzo zaostrzona nie wymaga jechania na ostry dyżur. przynajmniej ta konkretna alergia, bo nie twierdzę, że żadna. wychowanie dziecka nie musi wcale kosztować takich miliardów jakie sugeruje TVN i nie, to wcale nie dlatego, że ja wyrodna matka nie będę posyłała mojego dziecka na prywatny angielski (chociaż raczej nie będę), żeby na nim oszczędzić. krem na „atopowe zapalenie skóry, łuszczycę i egzemę” jest wystarczająco specjalistyczny (chyba bardziej niż „do pielęgnacji skóry bardzo suchej”) mimo, że kosztuje tylko 20 złotych i nie jest firmowy.
ech… już się wyżaliłam, więcej nie będę.

choruję sobie niedelikatnie już któryś dzień, inhalacje pomagają w ograniczonym stopniu, może dlatego, że robię je zbyt rzadko, bo syn się boi inhalatora. szałwia uleczyła ból gardła, ale jak widać tylko ból, bo po dwóch dniach bakterie lub inne świństwo powróciło w postaci kaszlu (paskudnego). jak tak dalej pójdzie w końcu będę jednak musiała odwiedzić lekarza, choć wcale mi się to nie uśmiecha…

no i naprawdę MARZĘ o tym żeby wrócić do domu. posprzątać, zapełnić lodówkę. móc gotować. nawet nie wiedziałam, że aż tak bardzo uwielbiam gotować. żyć sobie własnym rytmem i widywać się z Mężem przynajmniej na te parę godzin dziennie, zamiast wisieć co wieczór na telefonie. dlatego bardzo, bardzo upraszam panów od remontu, żeby się pospieszyli…

[morza szum, ptaków śpiew]

ileż to dziwnych wiadomości do mnie dochodzi… jakiś kolejny bum dzieciowy. Reni Jusis jest w ciąży… Beyonce jest w ciąży… Glinka jest w ciąży… Aga jest w ciąży… małe Huberciątko się urodziło, na dniach ma się rodzić dwoje innych dzieci… moje życie jest monotematyczne.
u nas wciąż to samo, czyli remont – niemrawo posuwający się do przodu, siedzenie w Bełchatowie, od czego mama powoli wariuje, a dziecko chyba też, albo choruje, bo ostatnio śpi niespokojnie i jeść nie chce i w ogóle marudzi nadmiernie jak na siebie. praca magisterska, która się nie pisze, bo nie ma jak, choć pierwszy rozdział przybył z poprawkami od Promotora i podobno jest cały pokreślony. generalnie w naszym życiu sporo zmian, nowy rozkład dnia po powrocie do domu i dużo nowych obowiązków, ale w jakimś sensie już się nie mogę doczekać.

z dziennikarskiego obowiązku pragnę również poinformować tych czytelników, których jeszcze nie poinformowaliśmy osobiście, że pod koniec marca spodziewamy się przyjścia na tę stronę brzucha naszego drugiego Maleństwa :) jesteśmy bardzo z tego powodu szczęśliwi, bo dzieciątko jest baaardzo wyczekiwane. Gabryś też się cieszy z „braciszka i siostrzyczki” :) jednak z powodu wystąpienia (jak to zwykle u mnie) komplikacji zdrowotnych, bardzo prosimy o dużą ilość modlitwy, zarówno za mamę jak i za Maleństwo.

[i gotta feeling]

po rekolekcjach. i prawie po wakacjach, cholera. a ja siedzę z Maluchem u rodziców i nawet nie mogę spędzić resztki dostępnego wolnego czasu w towarzystwie Męża, bo Mąż dla odmiany zazwyczaj siedzi w Warszawie i dogląda remontu (który posuwa się w zatrważającym tempie, szczegóły za chwilę) oraz załatwia mnóstwo innych bardzo ważnych spraw. i nawet nie ma się biedak jak umyć, ani jak zjeść, bo nasze mieszkanie jest w stanie totalnej demolki i z trudem można po nim chodzić, a już nic innego nie można. jeśli więc chodzi o szczegóły remontu to oczywiście ekipa przybyła prawie dwa tygodnie później niż miała przybyć, bo im się obsunął poprzedni remont, a teraz od trzech tygodni skuwa płytki w naszej gigantycznej łazience. okazało się, że są przybetonowane do ścian. w tej pomysłowej zaprawie znajduje się podobno również silikon, dzięki czemu nie tylko, że płytki ciężko się odrywają, ale jeszcze młot się odbija od ścian, bo podłoże jest elastyczne. cały remont stoi więc niemal w miejscu. dodatkowo oczywiście dziś urwało się kolanko od sedesu, a w ścianie między kuchnią a sypialnią jest kilka dziur, bo okazało się, że jest tak cienka, że rozsypała się przy próbie zainstalowania w niej kabli. dobrze, że jestem tak dziwnie nastawiona do takich rzeczy i jak o tym myślę to chce mi się śmiać :) szkoda tylko, że tak się to wszystko ciągnie, bo od dobrego miesiąca marzę o tym, żeby wrócić do domu i móc coś ugotować we własnej kuchni (może nie formalnie własnej, ale na co dzień przynajmniej nikt mi do garnków nie zagląda).
a pan Szef ekipy wygląda jak Robert Deniro :)
na rekolekcjach było oczywiście jak zwykle nieco męcząco, ale generalnie jestem bardzo podbudowana i chyba nawet polubię jeżdżenie na „dorosłe” oazy. to znaczy właściwie nie jest tak, że kiedykolwiek tego nie lubiłam, ale w sumie do tej pory nie mogłam mieć pewności, że rzeczywiście jest zupełnie normalnie i praktycznie niczym się to nie różni od młodzieżówek, nie licząc tego, że raczej brak nastolatek w za krótkich spódnicach :) no, oprócz nastolatek z diakonii wychowawczej :) pochodziliśmy sobie nawet trochę po górach, oczywiście bez przesady, bo nasza niesamowita wprost kondycja nieco nas ograniczyła, ale grunt, że przynajmniej nasz Syn pooddychał świeższym powietrzem, zobaczył inny krajobraz… a poza tym nieźle rozwinął swoje umiejętności w zakresie mówienia, podbił serca wszystkich cioć i sporej części koleżanek oraz przeżył swój pierwszy pocałunek (z Helenką, lat 2, pod stołówką; był nieco zszokowany), a nawet został, raczej mimowolnie, przyczyną sporu między kobietami (Mai, lat 4, nie spodobało się, że Helenka całuje jej Gabrysia).
za jakiś marny tydzień kończą się wakacje, co mnie w tym roku niestety dotyczy, bo oznacza to, że będę musiała wrócić do trybu niemal całodziennej opieki nad naszym przychówkiem, a choć przychówek jest raczej niekłopotliwy, to jednak bycie pełnoetatową mamą i kurą domową bywa męczące. głównie psychicznie. do tego muszę do końca września wyprodukować rozdział pracy magisterskiej (staram się o tym pamiętać…), a nie mam z czego. może ktoś posiada archiwalne numery Bravo z roczników 2006-2010?

[pfff...]

odnoszę wrażenie, że lada chwila przepalą mi się bezpieczniki. w środę wyjeżdżamy i do tego czasu musimy spakować większość mieszkania do pudeł, te pudła upchnąć w jakimś bezpiecznym miejscu, odtransportować nasze łoże małżeńskie do znajomych, część AGD wydać innym znajomym, spakować torby na dwutygodniowy wyjazd, odwiedzić lekarza, żeby zrobić Małemu bilans dwulatka, kupić tapety i karnisze, odebrać łóżeczko turystyczne z rąk, powiedzmy, szwagra, odebrać siostrę z przyległościami z dworca i jechać do biura fabryki mebli, żeby zatwierdzić próbki. a przy okazji jeszcze sprawić, żeby dziecko nasze nie było głodne, żeby dużo piło, bo upał, żeby nie doskwierała mu ta diabelna wysypka, żeby chodziło spać jak należy i żeby było wesołe. dobrze, że przynajmniej umiem szybko, efektywnie i bezpiecznie pakować porcelanę. niczym zawodowy pakowacz.

[colours dance with me]

Mąż mnie zmusił, żebym coś napisała.
cóż ja mogę napisać… dużo dziwnych rzeczy się ostatnio działo. sesja mi się skończyła, Mąż zdobył wykształcenie jak na mężczyznę przystało, wszystkie pozycje z mojej listy bardzo ważnych rzeczy do zrobienia zostały odhaczone albo przeniesione na drugą listę, z braku funduszy. odbyliśmy również wielogodzinny i bardzo poważny dialog małżeński, a następnego dnia spadło na nas kolejne przedziwne doświadczenie, w którym w sumie tym bardziej upatrujemy interwencji Opatrzności. generalnie rzecz biorąc poczułam się jak dziewczynka, której życie zostało poruszone i pokierowane w jakimś nowym kierunku zupełnie bez jej wiedzy. całkiem jakby mnie ktoś wsadził na samojeżdżący chodnik, taki jak przed wejściem do Disneylandu w Paryżu. mam pewność, że to prowadzi do czegoś ważnego i niezwykłego, ale nie bardzo wiem, do czego. pewnie okaże się za rok. albo i nie.
i nie, nie jestem w ciąży. niestety.

[dla Ciebie]

znów jest wpół do drugiej w nocy a ja nawet nie szykuję się do snu. a rano obiecywałam sobie, że położę się najdalej o północy, cholera.
najbliższe dwa tygodnie… a może nawet trzy, przyprawiają mnie o straszliwego doła, jak o nich myślę. albowiem jutro, no a najdalej w czwartek nastąpi oficjalna inauguracja kolejnej mojej sesji. i jak patrzę na cały ten rok akademicki, ilość zawirowań, kombinowania i łażenia do dziekanatu, to naprawdę czuję, że w końcu coś zawalę tak bardzo, że nawet przy najlepszych chęciach pań i sióstr wszelakich nie uda mi się tego naprawić. w tym semestrze byłam na uczelni dokładnie… na czterech wykładach :) nie widziałam większości moich wykładowców, nie wiem o czym są przedmioty i nie, nie mam na swoje usprawiedliwienie ITSu :) na szczęście nasz rocznikowy rodzynek wrzucił w internet notatki chyba ze wszystkiego, bo inaczej z pewnością nie udałoby mi się uzbierać kompletu materiałów – większość osób, z którymi mogłabym się w tej sprawie kontaktować bywa na wykładach prawie tak sporadycznie jak ja. chyba jeszcze tylko ci nowi, którzy przyszli dopiero na magisterskie, jeszcze tam w ogóle cokolwiek robią. starzy bywalcy tylko zdają egzaminy :) oby…
mój dzielny Mąż natomiast poradził sobie ze wszystkim tak bezproblemowo, że aż nie mogę w to uwierzyć. z pewnością duża w tym zasługa nieczepliwego promotora, ale nie da się nie zauważyć, że mi pisanie magisterki nie idzie tak sprawnie. na następny piątek muszę oddać pierwszy rozdział, w którym nie napisałam jeszcze ani linijki. i kompletnie nie wiem jak się do tego zabrać. ale mam w domu mężczyznę, który zgodnie z tym, co mi obiecał, ratuje mnie nawet przed Motomyszami z Marsa, siedzi za mnie po nocach i jeszcze przytula i pociesza w każdych okolicznościach :) naprawdę myślę, że został stworzony specjalnie dla tak marudnego i depresyjnego stworzenia jak ja :)
tryb kurodomowy kwitnie od wielu tygodni, zakłócony tylko tymi kilkoma wykładami. słodka rutyna:) rano pobudka, śniadanko przy odmóżdżającej telewizji, puzzelki, książeczki, samochodziki, misie i sprzątanie (to oczywiście działka wspomnianej kury, nie dziecka), względnie, jeśli mama z jakiegoś powodu niedomaga, lub Synek bardzo ładnie prosi to Chudy i Buzz. ale to niezbyt często. później drzemka, później obiad, spacerek, kąpiel, piżamka, modlitwa, buziaki i przytulaki, mleko i dziecko śpi. jak w zegarku niemal, choć tak naprawdę to wszystko się nieraz przesuwa mocno. jestem dziwna, ale daje mi to duże poczucie bezpieczeństwa, a do tego też satysfakcji. mam poczucie, że wszystko jest tak, jak powinno być. dziecko jest grzeczne, słodkie i kochane, a nawet jak czasem coś nabroi to zwykle stosunkowo szybko daje się doprowadzić do porządku. rano przychodzi i się przytula, a ja to uwielbiam, w przeciwieństwie do niektórych mimozowatych mamuś. może jak będę miała czwórkę dzieci to też zmienię zdanie. czasem odkłada na chwilę puzzle, podchodzi do mnie i mówi „no i co tam słychać? w porządku?”. śpiewa piosenki i mówi wierszyki, albo Alleluja i „baranku Boży”, a ostatnio skomentował koleżankę na placu zabaw „blada, chuda, spać nie może”. wcale nie mam potrzeby ani nawet ochoty realizować się w jakikolwiek inny sposób :)
a z osiągnięć to się pochwalę, że od kilkunastu dni nasz mały chłopiec zachowuje się jak duży chłopiec i przesypia noce :) nie każdą wprawdzie, ale większość. a nawet ze dwa razy odmówił drzemki w dzień :) to chyba znaczy, że wkrótce przyprowadzi do domu pierwszą narzeczoną…