Napisane przez: Lolinka | 26 listopad 2009

[zodiac]

cholera, prawie cały listopad minął, a ja jakoś weny uparcie nie mam. chyba za dużo innych rzeczy zwala mi się codziennie na głowę, żeby jeszcze myśleć w tym wszystkim o pisaniu. pierwszą podstawową rzeczą, która mi się zwala na głowę regularnie co tydzień w piątek [choć ostatnio co dwa tygodnie, ale za to atakuje mailowo], jest moja praca licencjacka, na którą się nierozważnie porwałam. a może nie tyle nierozważnie się porwałam na samą pracę, ale może raczej na pisanie jej na temat taki a nie inny i przede wszystkim u promotora tego a nie innego. mądre to nie było, ale co ja zrobię, tak się skutecznie daliśmy nabrać zbiorowo. teraz na samą myśl o osobie szlag mnie jasny trafia, delikatnie mówiąc. bo o ile może ja jestem marudna i mam w życiu pod górkę z winy własnego umysłu o tyle, jak widzę, jestem stosunkowo lekkim przypadkiem. a w porównaniu to jawię się wręcz jako stworzenie niemalże poukładane, zorganizowane i pałające energią życiową. jednakowoż po wyjściu z każdego seminarium coraz bardziej czuję, że moja praca poleży odłogiem, tak jak to i teraz czyni, jeszcze bardzo bardzo długo.
gdzieś tam w międzyczasie tak zwanym odbębniliśmy jeszcze kilka wizyt lekarskich, w tym przede wszystkim pobyt w szpitalu na początku listopada, który przebiegł wyjątkowo niemiło, bo dzień przed planowanym wyjściem Synia dopadł rotawirus [jak zresztą jeszcze kilkoro innych dzieci na oddziale również]. Tatę również dopadł rotawirus. a następnego dnia Mamę też. a później jeszcze ciotkę. i tak oto leżeliśmy dwa razy dłużej niż to było zaplanowane, cieśniliśmy się w izolatce w troje dzieci, i wymienialiśmy się na spanie w hotelu, w zależności od tego, kto aktualnie bardziej potrzebował łatwego dostępu do sanitariatów.
Synek na szczęście dał sobie radę z tym paskudztwem, my zresztą też. wyniki badań Mały ma coraz lepsze, po zmianach w mózgu nie pozostał nawet ślad, rehabilitacja póki co wstrzymana, bo nie ma czego rehabilitować, wszystko sam nadgonił. przewraca się na wszystkie możliwe boczki, plecki, brzuszki, pełza, ślini się, ma dwa zęby, włoski mu odrosły i zblondziały [oj, jakby to było cudownie gdyby odziedziczył szopoloki po Tatusiu:)], sięga po wszystkie zabawki jakie ma w zasięgu łapek, wkłada je do buzi i namiętnie zjada, parę dni temu nauczył się też pożerać własne stópki, więc w zasadzie zabawki stały się zbędne. śmieje się, najbardziej do Taty, ale do Mamy też, a nawet do ciotek. gada jak najęty, pluje, robi ‘brum brum’ na swój syniowy sposób. a ostatnio również zjada zupki – bo oczywiście jest za chudy:/ niestety mamusina kuchnia jakoś mu za bardzo nie wchodzi. marchewki ogólnie nie polubił, bardziej dynię, dzisiaj też spróbował kaszki ryżowej o smaku malin i chyba została przyjęta względnie przychylnie. Mamusi w każdym razie bardzo smakowała.
za półtora tygodnia kończy pół roku:) aż trudno uwierzyć:)
my zaś, znaczy małżonki, pielęgnujemy bardzo nasze małżeństwo, znaczy jemy razem budyń i oglądamy seriale po nocach. a także ukulturalniamy się i Syna, poprzez wizyty w muzeum narodowym, a później zostawiamy Syna z Ciotką S. i jedziemy na randkę. do kina. 2012 polecamy:) byliśmy również ostatnio na rekolekcjach DK, ze znajomymi z kręgu oraz z jeszcze większą ilością nowych znajomych. ciężko było:) jakieś małe kryzysiki nas dopadają z większą lub mniejszą regularnością, do tego stopnia nawet, że mój mąż wreszcie, po ponad dwóch latach, zauważa moje wady:) ale tym bardziej jestem jednak zdania, że kłótnie świadczą o tym, że ludzie się kochają. i nadal rozmowy [nawet te trudniejsze] są tym, co najbardziej lubię w małżeństwie.

Napisane przez: Lolinka | 12 październik 2009

[all the small things]

jakoś mi tak czas ostatnio błyskawicznie leci. każdego dnia około 18 nagle przychodzi mi do głowy, że za chwilę już będziemy kłaść Małego spać i że jak ten dzień szybko minął. chociaż wstawanie o 7 rano nadal nie jest moją ulubioną rozrywką, ale cóż poradzić, Syn taką sobie porę wybrał na początek dnia i myślę, że to i tak nie tak najgorzej, ostatecznie mogłaby to być 6… czasami Mąż wstaje zresztą i właściwie to i tak ja dłużej śpię z nas dwojga, więc nie narzekam. a zazwyczaj od 21 mamy już czas dla siebie, co przy odpowiedniej organizacji daje naprawdę spore możliwości:)
dziwne, ale zupełnie nie odczuwam tego co powinnam – to znaczy co chyba należy odczuwać, gdy się jest młodym rodzicem: czyli zmęczenia i znużenia ciągłą opieką nad dzieckiem. nie sprawdza się za bardzo to, co mówiła moja mama, to znaczy, że jeszcze nam Mały da popalić i zobaczymy ile to roboty i kłopotu. pewnie po prostu mamy wyjątkowo spokojne dziecko. i chyba jesteśmy dziwni, bo nie mamy potrzeby odkładania następnej ciąży na nie wiadomo kiedy, bo trzeba odpocząć, bo to taki koszmar, te nocne wstawania i w ogóle. ja już nawet nie zwracam uwagi, że karmię w nocy:)
dzisiaj Synek zrobił mamie wielką niespodziankę, mianowicie pierwszy raz zupełnie samodzielnie odwrócił się na brzuszek i nawet prawidłowo wyciągnął sobie rączkę spod siebie:) oczywiście zrobił to pod nieobecność mamy, to znaczy, kiedy akurat stałam nad patelnią w kuchni i produkowałam placki z jabłkami na obiad dla mojego wygłodniałego Męża jak wróci ze szkoły. a kiedy zajrzałam do Synka, ten mały spryciarz leżał sobie na brzuchu, chociaż z całą pewnością zastawiałam go na pleckach:) aż mu fotę strzeliłam, żeby posłać dziadkom:) że on się niby nieprawidłowo rozwija, niedojrzały jest czy coś… akurat… ale zalecili nam rehabilitację to pochodzimy, przecież trochę gimnastyki nawet całkiem zdrowemu dziecku nie zaszkodzi:)
w domu mamy prawdziwą reorganizację, bo mama wróciła na studia – tata zresztą też. prawie zupełnie dobrze udało nam się dograć plany, tak, że raz ja siedzę z małym, a raz Mąż, a jak się nie da to nie idę do szkoły i już – mam nadzieję, że uda mi się to dogadać ze wszystkimi wykładowcami, ale Ci najgorsi już za mną:) jedyny problem stanowi lektorat w czwartek rano. a głupio zawalać studia przez angielski. to tak jakby nie skończyć liceum przez plastykę… ale kombinujemy, może na ten jeden wykład uda się kogoś załatwić do opieki. mam co prawda niemałe wyrzuty sumienia, że zostawiam czteromiesięczne dziecko, żeby skończyć studia w terminie, ale chyba należę do mamuś na tyle nienormalnych, że nie zamierzam rozdzielać życia na studia, pracę i urlopy wychowawcze.
reorganizację domową mamy też dlatego, że przybyło nam lokatorów – mianowicie w naszej małżeńskiej sypialni zamieszkała moja Siostra. wygląda, że nie jesteśmy bardzo romantyczną, zapatrzoną w siebie parą, bo bardzo nam się miło mieszka z kimś dodatkowym a czas tylko dla siebie i tak potrafimy sobie bez problemu wygospodarować. ja mam do tego dodatkowe korzyści, na przykład w postaci tego, że Siostra jest doskonałą motywacja do zdrowego odżywiania – bo ona umie być w tym konsekwentna:P tym samym odkąd się pojawiła w naszym mieszkanku zjadamy niemożebne ilości warzyw, owoców i w ogóle innych miłych rzeczy [Mąż nawet tak bardzo nie ubolewa:)]
*****************************************
facebook to jednak przydatna rzecz jest. nie dość, że dostarcza rozrywki, można sobie warzywa pohodować, angielski podszkolić, to jeszcze między wierszami wyczytać takie ciekawostki… choć nie wierzę we wróżby z chińskich ciasteczek, no ale jednak w komentarze już owszem…

Napisane przez: Lolinka | 23 wrzesień 2009

[ciii...]

…bo za plecami Mąż usypia Małego. a ja mam w tym czasie napisać notkę, bo po pierwsze dawno nie pisałam, a po drugie jutro prawdopodobnie laptop zniknie na jakiś przynajmniej czas z naszego życia. jedno z drugim się bardzo ściśle łączy – laptop zniknie, bo siadła mu matryca [ach, te powtórki z rozrywki] i ta właśnie siadnięta matryca jest powodem mojej dwumiesięcznej prawie nieobecności. gdyż gwoli ścisłości trzeba zaznaczyć, że siadła już gdzieś około miesiąc temu, po czym cztery tygodnie przeleżała w serwisie, po czym się wściekliśmy, jak nam powiedzieli, że nie tylko nie łapie się to na gwarancję [choć winien wszystkiemu jest prawdopodobnie tenże serwis, bo coś spartaczyli przy okazji poprzedniej naprawy], ale jeszcze nie naprawią nam tego za pierwotnie podaną cenę – i tak dziko wysoką – ale blisko dwa razy wyższą, i w każdym razie, zabraliśmy laptopa z zamiarem naprawienia go w jakiś nieco tańszy sposób. a przy okazji mamy też doskonałą motywację aby się wreszcie wyposażyć w jakiś sprzęt stacjonarny, który właśnie jutro ma przyjechać.
od czasu, gdy poprzednio pisałam, Synek przytył około kilograma, odwiedziliśmy z nim kilku różnych lekarzy, zjeździliśmy pół Polski i poleżeliśmy tydzień w szpitalu. szpital był ten sam, co poprzednio, czyli Centrum Zdrowia Dziecka, ale oddział, niestety, inny. piętro dziesiąte tym razem, czyli niemowlęcy. z przykrością muszę stwierdzić, że nie jest tam tak miło jak na noworodkowym. całe szczęście, że za pierwszym razem tam nie leżeliśmy, bo nie tylko miałabym niezłą traumę, ale też raczej nie miałabym szans na zaliczenie sesji, gdyż z oddziału niemowlęcego wyjść praktycznie nie można – problem stwarza nawet to, że rodzice muszą coś jeść [a to niespodzianka, co?] i nie zawsze są z Warszawy, żeby mogli w każdej chwili poprosić babcię czy ciocię o pomoc przy maluchu. naprawdę daruję sobie wyzłośliwianie się, ale stanowczo drugie piętro CZD podoba mi się bardziej. Syncia trochę wymęczyli, bo wynik na CMV wyszedł jeszcze lekko dodatni – na granicy wykrywalności, co w porównaniu z tym zaraz po urodzeniu “niespotykanie wysokim”, jest oczywiście bardzo dobrym wynikiem. dla pewności jednak pani doktor chciała jeszcze zrobić mu rezonans. na szczęście udało się już pierwszego dnia, ale naprawdę nie jest to nic miłego dla dziecka. Mały po badaniu [robi się to pod narkozą] najpierw wył przez godzinę, a później był tak słaby, że prawie cały dzień przespał. był nawet za bardzo umęczony, żeby jeść, więc do wieczora dostawał kroplówkę. ogólnie rzecz biorąc chore dzieci to jest naprawdę gigantyczny stres dla rodziców, choćby tylko dlatego, że trzeba znieść to, że taki maluch musi przejść przez całą tą bolesną diagnostykę i leczenie. na szczęście rezonans wyszedł idealnie, co znaczy, że nie tylko choroba nie posunęła się dalej, ale wszystkie nieprawidłowości się cofnęły:) co prawda lekarzy nadal musimy odwiedzać częściej niż to się dzieje w przypadku zdrowych dzieci, na początku listopada znów idziemy do szpitala, a do tego Małego czeka rehabilitacja, ale wygląda na to, że większych problemów nie będzie miał:)
wakacje nam się zatem kończą – jak zresztą większości studentów. ja nadal nie wiem, czy wracam na uczelnię – plan lekcji nie wygląda do końca tak, jak na to liczyłam, a poza tym jest jeszcze licencjat w tle i zaległe praktyki. poza tym dopadła mnie lekka konsternacja, kiedy zobaczyłam nową nazwę mojej specjalności – znów zmienioną – teraz już nie ma chyba nic wspólnego z tym, na co szłam:P życie wraca do względnej normy, sprawy urzędowe załatwione, indeks zdany, nadchodzi wielkimi krokami dobrze znana rutynka:)
lato było stanowczo obfitujące w wydarzenia, lepsze i gorsze, w tym kilka kalibru bardzo ciężkiego. chyba się nawet cieszę, że to już jesień…

Napisane przez: Lolinka | 5 sierpień 2009

[this is home]

jako nastolatka, z głową pełną bardzo inteligentnych złotych myśli na każdą okazję, zapisałam sobie na początku jednego z moich licznych pamiętników takie zdanie: “spełnienie się marzeń bywa straszne”. i oczywiście jest to bardziej melodramatyczne niż Ania z Zielonego Wzgórza, jednak nie da się ukryć, że jakoś mnie, cholera, prześladuje.
teraz też, jako że moje dwa największe marzenia właśnie się niedawno spełniły. i tak oto doszłam do momentu, w którym nie tyle jest mi z tymi spełnionymi marzeniami strasznie, bo wcale nie jest. tylko niestety nagle brak mi w życiu jakiegoś odpowiednio wielkiego marzenia, które bym jeszcze mogła wymarzać na bieżąco i które by mi dawało naturalną motywację do działania. nie wygląda również jakby się takie marzenie mogło jeszcze kiedykolwiek pojawić, bo z mojej hierarchii wartości wynika, że jest jeszcze tylko jeden życiowy cel Lolinki powyżej, ale czy mi się uda go zrealizować to się dowiem najpewniej dopiero w zaświatach.
w świetle tego wszystkiego należałoby w zasadzie stwierdzić, że jestem kobietą spełnioną życiowo. to chyba dobrze:)
jednak – aby nie było tak znowu pięknie – dopadła mnie depresja, tym razem letnia, która mi mówi, że nic mnie już fascynującego w życiu nie czeka. i mogę sobie wymyślać, co jeszcze fajnego chciałabym zrobić, że chciałabym się nauczyć szyć i grać na pianinie, hobbystycznie produkować rękodzieło jakieś ceramiczne czy coś takiego, a zawodowo pisać coś lepszego niż Grochola, i jeszcze spędzać parę godzin tygodniowo na byciu panią poradnią rodzinną, ale w świetle tego, że jestem już i tak życiowo spełniona, to właściwie wydaje się, że to wszystko bez sensu, bo po co to komu? brak mi jakby tego, żeby ktoś czegoś ode mnie wymagał. a być może właśnie jakichś wymagań bym potrzebowała.

a w ramach ps. to chciałam jeszcze powiedzieć, że te głupawe testy predyspozycji zawodowych, które się robiło w szkole [przynajmniej ja robiłam i to dwa razy, na wszelki wypadek, tak jakby ktoś się przejmował tym, że ja mam predyspozycje na artystkę, jak jedyna dostępna praca po pedagogice to, jak wiadomo, praca w banku:)] się sprawdzają. z tego by wynikało, że nie są jednak takie głupawe, co jest dla mnie prawdziwą niespodzianką.

Napisane przez: Lolinka | 29 lipiec 2009

[yesterday]

zauważyłam jakąś przykrą tendencję tu na blogu. a może w moim życiu ogólnie też. chyba tak. przestałam mówić o uczuciach. teraz jest tylko to, co się dzieje, relacja, ale zupełnie tak, jakby była tylko ta zewnętrzna warstwa, a w środku takie trochę nic. kiedyś było inaczej. może dlatego, że byłam młodsza i bardziej emocjonalnie ogólnie do wszystkiego podchodziłam. uczucia były jakieś silniejsze, takie szarpiące. może to dobrze, że już takie nie są, chyba lepiej mi się żyje bez emocjonalnych huśtawek, górek i dołków, załamań i euforii [chociaż może trochę nudniej?]. ale to chyba nie za dobrze, że kiedyś było tyle osób, z którymi dzieliłam się tymi huśtawkami, właściwie dzieliłam się z całym internetem, ze szczególnym uwzględnieniem blogowego kółka wzajemnej adoracji, z którego teraz zostały już tylko strzępki… a właściwie nic nie zostało, nawet ja już nie piszę zbyt często. teraz tylko z mężem rozmawiam o uczuciach, a i to w nieprzesadnej ilości. czy to by oznaczało, że przestałam przeżywać ogólnie? to może trochę śmiesznie brzmi i z pewnością nie da się przestać odczuwać, ale czasem odnoszę wrażenie, że tylko jakieś resztki tego mi zostały. jeszcze bardziej prawdopodobne jest, że po prostu żyję sobie w moim małym domowym światku, skoncentrowana na byciu żoną, mamą, studentką, na wszystkich tych drobnych sprawach… i oto właśnie nastąpiło to, co jako dziewczynka obserwowałam u mojej mamy – spotkania z przyjaciółkami raz na ruski rok, i takie właśnie ’sprawozdania’, zamiast wielogodzinnych pogaduch w przytulnych panieńskich pokojach przy herbacie i zamiast kilometrowych spacerów. tak to już jakoś jest, że tylko ‘młodzi wykształceni z wielkich miast’ – czyli taki model człowieka jak bohaterowie ‘teraz albo nigdy’, czy coś w tym guście – żyją jak licealiści, mimo upływu lat. najzabawniejsze jest to, że ci, spośród których odchodziłam swego czasu, nauczyli mnie, że powinnam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia. toteż mam.
***********************************
jeszcze nie tak dawno moim największym marzeniem, które oczywiście nie miało szans na spełnienie i dlatego potwornie mnie męczyło, był powrót do Łodzi. bo Łódź taka była moja, znana, śliczna, z taką ilością ludzi. a Warszawa była szaro-bura, obca, paskudna z tą obcością i bez żadnej duszy przyjaznej. teraz nadal jesteśmy zakręceni między Łodzią a Warszawą i co chwila jakiś bliższy lub dalszy znajomy z ŁDZ nas nawiedza. ale na szczęście moje marzenie o powrocie tam zniknęło. pewnie trochę dlatego, że poznałam Warszawę [nie tak dobrze jeszcze, jak Łódź, ale zdecydowanie nieźle], jeszcze bardziej dlatego, że zebrałam pokaźną ilość pięknych wspomnień związanych z mieszkaniem tu – nocne przejażdżki po mieście, zwiedzanie centrów handlowych, msze u dominikanów, herbatki tu i ówdzie, autobusy [które mi zastąpiły łódzkie tramwaje], dworce i powroty do siebie, do swojego małego pokoju na Bródnie, albo do swojego mniej małego mieszkania na Chomiczówce. a przede wszystkim dlatego, że w ciągu ostatniego roku znalazło się sporo ‘naszych’ ludzi tutaj. czyli jednak są. i w tej chwili naprawdę nie marzę, żeby się stąd gdziekolwiek wyprowadzać, bo tęskniłabym tak samo jak za Łodzią.
co najwyżej, ale nie na stałe, chciałabym jeszcze wrócić do Szkocji. zadziwiająco mocno zapadł we mnie ten miesiąc spędzony w Paisley. ten klimat absolutnie niepowtarzalny i tak zupełnie inny niż w Polsce. tak, to jest jeszcze kawałek mojego miejsca na świecie. tamto miasteczko, Kościół, most st. Jamesa, nasze mieszkanie, takie angielskie, z pralką w kuchni:) za tym wszystkim jeszcze bardzo mi się tęskni. zwłaszcza, gdy się tak miło kojarzy jak dziś, w drugą naszą rocznicę zaręczyn, które przecież miały miejsce właśnie w tamtej kuchni:)

Napisane przez: Lolinka | 26 lipiec 2009

[relacja z frontu]

mama się zgodnie z obietnicą wzięła za siebie i za realizację swoich planów. chwilowo objawiło się to głównie zmianą fryzury [mało drastyczną] oraz kilkoma wyczynami kulinarnymi [z najbardziej udanym w postaci zapiekanki z mięskiem mielonym:)]. a jak synek da mi nieco dłuższą chwilkę wolnego to spróbuję nawet rozkręcić jakiś proces produkcyjny i kto wie, może jakieś pieniążki kiedyś wpadną. niestety wisi jeszcze nade mną wizja pracy licencjackiej. tak się czai i czai, i mi psuje humor. to chyba tylko moja nadgorliwość, bo ostatecznie na jej napisanie mam jeszcze sporo czasu, zwłaszcza, że nawet nie wiem, czy będę robiła licencjat w przyszłym roku. ale może dlatego tak ona za mną chodzi, że jakoś nie mam na nią absolutnie ochoty – trochę ze względu na temat [niestety możliwość wyboru była mocno ograniczona...], a trochę ze względu na formę [tu z kolei odzywa się moja wewnętrzna aspołeczna Lolinka]. ja się chyba naprawdę najbardziej na świecie nadaję do zostania kurą domową, tylko żeby to się jeszcze tak dało.
hormonki mi szaleją chyba, bo wstąpiła we mnie ostatnio jędza straszliwa. co się najbardziej odbija na mężu moim [na kim się ma odbijać, jak tylko on jest pod ręką]. ale przynajmniej nie wygląda jakbym miała zostać zwariowaną mamuśką, która absolutnie nikomu nie zostawi swojego dziecka nawet na minutę, bo przecież tylko ona się umie swoim dzieckiem zająć. a dziecko wariuje czasami nieźle. wpada w szał, jak mu nie wychodzi jedzenie [co jest oczywiście głównym powodem tego, że mu nie wychodzi], usypia tylko jak się go nosi i budzi się przy każdej próbie odłożenia do łóżeczka, spacerek mu się nie podoba. a mimo wszystko oczywiście uśmiecha się rozbrajająco i choćby się chciało to nie można go nie przytulać i nie nosić. mały terrorysta:)
pobyt w domu [najdłuższy jak dotychczas:)] upływa nam dość przyjemnie – śpimy do południa, do późna za to oglądamy seriale na dvd:) tryb życia nadal studencki – tak, jesteśmy tragicznymi rodzicami, póki co nawet dziecko nie zmusiło nas do zmiany trybu życia. może tylko o tyle, że do tej pory zdecydowanie nie zdarzało nam się wstawanie o 5 rano – teraz zdarza się często, bo Bobinek akurat uwielbia o tej porze się bawić i aż do następnego karmienia nie chce spać:P

Napisane przez: Lolinka | 17 lipiec 2009

[home sweet home]

nareszcie w domu:)
niemal dokładnie po miesiącu wypuścili nas na wolność. z całą długą listą zaleceń, bo trzeba małemu podawać furę witaminek i leków, chodzić co chwila na różne kontrole, robić badania, a we wrześniu czeka nas powrót do CZD, na nie wiadomo jak długo [a z pewnością przynajmniej na trzy dni]. i oczywiście, jak zaznaczyła pani doktor, nie da się przewidzieć jak choroba będzie przebiegała i czy da jakieś objawy długofalowo czy nie. ale prawdę powiedziawszy chyba zupełnie się tym nie przejmujemy. Gabryś jest w bardzo dobrym stanie, co podkreślali i lekarze, i pielęgniarki, i pani rehabilitantka, i co zresztą my sami widzimy. nie widać po nim choroby, zachowuje się jak zdrowe dziecko i rozwija się zupełnie dobrze. być może trzeba mu będzie trochę pomagać, ale to przecież nic strasznego – zwłaszcza jeśli się spędziło miesiąc wśród naprawdę chorych dzieci. na tym tle najlepiej widać, jakie mamy ogromne szczęście i jak łagodnie obeszła się z naszym Maniutkiem choroba.
miesiąc mieszkaliśmy w hotelu przyszpitalnym, co wbrew pozorom było całkiem ciekawe – codzienne wędrówki o 6 rano, powietrze pachnące latem, ale nie tak jak w mieście, tylko tak jak mi się pamięta z jakichś kolonii albo oaz, las, cisza, spacery przejściami podziemnymi. po tak długim czasie naprawdę zaczęłam się czuć w tym szpitalu jak u siebie. a wychodzić to aż mi było trochę żal, bo tam jednak zawsze było pełno ludzi, zawsze było z kim pogadać, podzielić się obawami i plotkami, pożartować, porozwiązywać wspólnie krzyżówki:) w naszej sali przez ten czas leżało łącznie pięcioro dzieci, to znaczy Gabryś i razem z nami od początku do końca Łukasz, z którego rodzicami spędzaliśmy najwięcej czasu i złapaliśmy najlepszy kontakt, Kubuś, który był trochę dzieckiem wspólnotowym, i którego wczoraj nam zabrali, przez chwilę Julka, która wywołała wielkie poruszenie wśród chłopaków oraz od wczoraj Michaś. kto przyszedł na nasze miejsce – nie wiem, ale z pewnością ktoś już tam jest. aż trudno uwierzyć, że jest tyle tych chorych dzieci. a jeszcze trudniej w tym wszystkim jest sobie wyobrazić, że jednak większość rodzi się zdrowa i nigdy nie trafia do CZD.
teraz już się nawet nie boję, że może za kilka dni znów zadzwoni jakaś pani doktor, że wyniki są tragiczne i trzeba natychmiast wracać – uodporniłam się:) i naprawdę czuję, że mam zupełnie zdrowe dziecko.
od dzisiaj więc zaczynamy normalne życie normalnej rodziny. we własnym domku, ze sprzątaniem, gotowaniem i robieniem zakupów. strasznie za tym wszystkim tęskniłam:) wiem, to głupie, ale naprawdę można tęsknić za sprzątaniem:P mam taką masę energii i planów, że naprawdę nie wiem jak miałabym je zrealizować, będąc jednocześnie mamą. ale będę przynajmniej próbować, a nóż się uda i naprawdę zostanę cudownie zorganizowaną i życiowo aktywną, a do tego piękną i zadbaną kurą domową – o ile takie zjawisko w przyrodzie w ogóle istnieje… albo przynajmniej jest możliwe do zaistnienia:)

Napisane przez: Lolinka | 26 czerwiec 2009

[can't stay away]

korzystając z chwilowej obecności w domu – czyli dostępu do internetu – donoszę:
po pierwsze – niestety nastąpiła, jak pewnie większość czytających wie, niemiła powtórka z rozrywki. w dzień po tym, jak otrzymaliśmy takie dobre wyniki od okulisty zadzwoniła pani z CZD z wiadomością, że wyniki z krwi są bardzo złe i musimy wracać na oddział. i tak siedzimy tam już od tygodnia, Mały dostaje antybiotyk i tak prawdopodobnie będzie to trwało jeszcze dość długo. ile dokładnie nie wiadomo, bo właściwie długość leczenia określa się w trakcie, w zależności od tego jak ciężkie są uszkodzenia, jak lek działa, i jak pacjent go toleruje. i w tym wszystkim bardzo paskudnym, żeby już wszystko było bardzo logicznie, minęła mi moja brzydka zua depresja, czyli na szczęście był to tylko zwykły baby blues, a nie jakieś poważniejsze sprawy. i choć nadal przebywanie w pokoju Bobinka [tu w domu] napawa mnie jakimiś niemiłymi uczuciami [źle mi się kojarzy niestety, choć byliśmy tu zaledwie pięć dni], to przynajmniej nie ryczę już godzinami nad moim biednym chorym maleństwem.
w szpitalu za to jest całkiem zabawnie, jakkolwiek głupio to brzmi. znamy się już z większością personelu, a że panie pielęgniarki są, poza małymi wyjątkami, bardzo miłe, to atmosfera jest całkiem fajna. znajomości na sali nawiązują się błyskawicznie, choć może to też po części dlatego, że trafiliśmy na wyjątkowo hm, towarzyską towarzyszkę:) do tego sąsiad Gabrysia też ma cytomegalię, więc z jego rodzicami mamy sporo wspólnych tematów. a drugi sąsiad jest trochę samotny, więc czasem trzeba do niego zagadać, co też tworzy pewne więzi, choć oczywiście nieprzesadne, jak zresztą na dwumiesięczne dziecko przystało. są też śliczne panie praktykantki, więc można się trochę podrażnić z mężem, oraz przystojni pielęgniarze, w istnienie których mąż uparcie nie wierzy:P
od czasu do czasu przybywamy też do Warszawy, choć nie jest to łatwe i zazwyczaj trzeba zrezygnować z co najmniej jednego karmienia – ale czasem nie ma wyjścia, na przykład dlatego, że mama jeszcze nie skończyła sesji. ale powoli kończy, jeszcze tylko jeden egzamin i można odetchnąć. z pewnych powodów więc, jak widać, przebywanie w szpitalu może być nawet wygodne – jak potrzeba to zawsze można zostawić dziecko pod bardzo fachową opieką. ale mimo wszystko niedogodności są większe, jak chociażby to, że mieszkamy w hotelu przyszpitalnym i musimy dochodzić na karmienie, a to powoduje, że właściwie coś takiego jak ‘karmienie na życzenie’ nie ma racji bytu. i tak od początku spora część naszych planów wychowawczych legła w gruzach – Mały dostaje jedzenie z butelki kilka razy dziennie, czasem dlatego, że nas nie ma, czasem dlatego, że panie nie wiedzą, że można nas wezwać telefonicznie, albo nie chcą tego robić, czasem po prostu dlatego, że jest noc, a nocne karmienia totalnie nas wykańczały. dostaje też smoczka, chociaż gdyby był w domu nie byłoby o tym mowy, ale tam nie zawsze jest ktoś, kto ma czas nosić go na rękach tak długo, aż się uspokoi. naprawdę mam nadzieję, że te kilka tygodni spędzonych w szpitalu uda nam się nadrobić po powrocie do domu.
życie z dzieckiem jakby na to nie patrzeć dostarcza naprawdę ciekawych wrażeń i nie mam tu na myśli tylko dzikiego zmęczenia, które nas czasem dopada. właściwie wszystko staje się dużo bardziej interesujące i sprawia dużo więcej przyjemności, kiedy nagle człowiek nie ma ani chwili czasu na pierdoły:) nie da się leżeć godzinami w łóżku i robić masy niepotrzebnych rzeczy na kompie, dlatego jak już można zajrzeć do sieci to jest to bardzo zajmujące. nawet sprzątanie przynosi więcej satysfakcji:) chyba powoli mija nam zwyczaj tracenia czasu na głupoty, bo nawet jeśli czasem zdarza nam się przez moment nic nie robić, to i tak jest to czas bardzo zajęty – nicnierobieniem:)

na koniec doniosę jeszcze, że dziś mijają nam dwa lata:) co jest absolutnie zadziwiające z wielu różnych powodów:) :*

Napisane przez: Lolinka | 15 czerwiec 2009

[ogłoszenia duszpasterskie]

prawdopodobnie nie uda mi się dzisiaj napisać wszystkiego [chociaż kto wie], ale może przynajmniej zacznę, bo z oczywistych względów w najbliższym czasie i tak nie będę miała bardziej wolnej chwili.
spośród wszystkich tytułowych ogłoszeń najważniejsze jest oczywiście to, że doczekaliśmy się wreszcie wyjścia naszego Bobinka na światło dzienne. nie powiem, że mi się nie dłużyło już trochę, ale nie narzekam, bycie matką strasznie w ciąży było zupełnie przyjemne. teraz bycie matką strasznie już nie w ciąży też jest niezłe, choć jednak daleko bardziej obciążające psychicznie, przynajmniej dla mnie. ale też i dające dużo więcej radości.
wielkich wynurzeń wspomnieniowych z okresu porodu wam oszczędzę, czy raczej sobie. nie to, żeby było tak strasznie, że aż chcę o tym zapomnieć, ale też nie do końca mam ochotę się jakoś szczególnie wynurzać w tym temacie. rodziliśmy – jak to się mówi – naturalnie, zgodnie nawet z definicją WHO, to znaczy bez znieczulenia. czyli tak jak to było planowane. cały poród spędziliśmy razem, i obyło się nie tylko bez omdleń, ale też bez nerwów z mojej strony. ogólnie wyglądało to jeszcze lepiej niż sobie wyobrażałam, nawet biorąc pod uwagę moje bardzo pozytywne nastawienie.
skurcze zaczęły się w piątek rano, wieczorem były już w miarę regularne, ale nie jakoś przesadnie częste. kiedy w sobotę wczesnym popołudniem pojechaliśmy ‘na wszelki wypadek’ do szpitala, sprawdzić czemu to tak długo trwa, rozczarowaliśmy się trochę, bo w zasadzie okazało się, że nie za bardzo te skurcze działają. pani doktor zaleciła nam domowe sposoby na przyspieszenie, z których chyba najlepiej podziałał spacerek po schodach na piętnaste piętro – było to około 23 w sobotę i wszystko tak się rozbujało, że dwie godziny później w ulewnym deszczu pojechaliśmy do szpitala – w ostatniej chwili niemal, czyli tak jak nam zalecili w szkole rodzenia, bo w tak zaawansowanym porodzie nie mogą nas wyrzucić z żadnego szpitala. na szczęście moje czarne wizje o kartce na drzwiach ['brak miejsc do odwołania'] się nie sprawdziły – na oddziale była poza mną tylko jedna kobieta.
Mateusz bardzo się ze mnie śmieje, podobnie jak podśmiewały się panie położne, bo zakwalifikowałam się do tej szczęśliwej grupy kobiet, które w czasie porodu mogą sobie czytać książki i prowadzić konwersacje z uśmiechem. więc tak sobie gadaliśmy, trochę się kręciliśmy na piłce, trochę na drabinkach, i po jakichś dwóch godzinach byliśmy już właściwie na finiszu. i tu jak sądzę najbardziej objawiło się działanie PB, gdyż po przesiedzeniu kolejnej godzinki w wodzie, okazało się, że nic się nie zmieniło [chociaż było bardzo przyjemnie]. na szczęście przyszedł czas na KTG, więc z wody wylazłam, a w czasie kiedy ja polegiwałam pod tym KTG pani położna z zatrważającą [nawet dla niej] szybkością doprowadziła sprawę do końca – to znaczy przebiła pęcherz płodowy, który jak się okazało wszystko blokował – i wyszła. po czym musiała błyskawicznie wrócić, przywołana przez mojego męża, gdyż jak wspomniałam tempo mieliśmy z synkiem od tej chwili popisowe – ledwo zdążyli mi odpiąć KTG, przyprowadzić wszystkie sprzęty do przywitania Małego i się skończyło. na szczęście, bo jednak te skurcze są już znacznie gorsze [chociaż do wytrzymania jak się je opanuje]. na piętnaście minut zmieniłam się w straszliwego potwora, który nie tylko nie chciał się z łóżka ruszyć, choć wcześniej zarzekał się, że na leżąco rodzić nie będzie, ale nawet nie chciał się ładnie z dzieckiem przywitać. na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że potrzebowałam się po prostu skoncentrować na dokończeniu tego jak najszybciej i nie bardzo byłam w stanie sobie wyobrazić jak miałabym się w ogóle ruszać, zwłaszcza, że nogi mi latały jak łopaty.
i tak – dokładnie zgodnie z moimi przeczuciami – nad ranem, o 4.55 Bobinek zjawił się z tej strony brzucha mamy. wbrew temu co zazwyczaj odczuwam na myśl o narodzinach, wcale się nie wzruszaliśmy nadmiernie [to okropne, wiem], a przynajmniej niezbyt widocznie. ogólnie całość była zniesmaczająco wręcz trzeźwa – nikt nie tracił głowy, nie wydzierał się na nikogo, nie wywalał nikogo z sali, nie przeklinał i w ogóle nic. cisza spokój. choć mi się wydawało że straszliwie krzyczałam [i byłam z siebie taka dumna, bo sądziłam, że nie jestem w stanie zdobyć się na krzyk]. ale mąż mi uświadomił, że w rzeczy samej wydawało mi się.
dalszych scen dantejskich nie pamiętam, bo niestety był to koniec medycznej sielanki i mnie uśpili. a jak się budziłam [długo i opornie, ale śmiesznie było - tak leżeć i wszystko słyszeć] to mi mówili, że synek jest bardzo zdrowy, a ja się chyba nawet uśmiechnęłam do pani doktor, chociaż nie mogłam oczu otworzyć, a potem nakarmili synka włączając w to moją zadziwiająco trzeźwo działającą rękę, choć ja nadal byłam zamroczona.
synek urodził się dość malutki [52 cm, 2,850 kg], ale jak już pisałam, zdrowy.
w szpitalu przesiedzieliśmy cztery straszne dni, w czasie których wpadałam w depresję, bo mi dziecko jeść nie chciało oraz umierało z tysiąca innych, równie dobrych powodów. bałam się go nosić, przewijać, przebierać i w ogóle wszystkiego, ale i tak najgorsze było to, że jadł za mało i do tego co zjadł to ulewał. po tych czterech dniach i zrobieniu różnych dziwnych badań wyszliśmy ze szpitala, praktycznie na własne życzenie.
i zaraz trafiliśmy do szpitala znowu, co prawdopodobnie pozostanie przynajmniej na jakiś czas ogromną traumą dla mojej głupiej głowy. taka horrorowa scenka, niby koszmar się skończył, mamy hepi end, a tu nagle zza rogu wyskakuje dziewczynka z Ringa. w czasie, kiedy jechaliśmy ze św. Zofii do domu zadzwonił pan doktor z wiadomością, że u Małego wykryto CMV. w ostatnim badaniu, na którego wyniki czekaliśmy, a ja już odetchnęłam z ulgą, bo wszystkie inne wypadały dobrze i byłam niemal pewna, że to tylko potwierdzi, że nie ma się czego obawiać. zresztą dawno już nabrałam pewności, że wszystko będzie dobrze, bo przecież w szpitalu zakaźnym stwierdzili, że właściwie te podwyższone wyniki nie wiadomo skąd się biorą i choroba u mnie nie wygląda na przesadnie aktywną.
z CZD nie chcę wcale zapamiętywać zbyt dużo – molochowaty szpital jakby żywcem wyjęty z PRLu, odludzie straszne, lasy, cisza, całe to surrealistyczne otoczenie, przejścia podziemne, eskapady po nocy i wzywanie przyjaciół na pomoc, bo matka nie ma na czym spać. pokój socjalny, nocne wstawanie do karmienia i rozmowy z lekarzami, którzy tylko się dziwili czemu nas w ogóle przyjęto, przecież i tak nic się nie da zrobić, jedyne co zostało to okulista, który ewentualnie może coś wykryć. coś, czego w zasadzie i tak nie będzie się dało leczyć, bo jedyny lek na CMV jest tak groźny, że stosuje się go właściwie tylko w przypadku zagrożenia życia. następnego dnia mieliśmy wychodzić, bo przecież i tak zostaliśmy jedną noc tylko dla mojego świętego spokoju na obserwację, ale okazało się, że Małemu wróciła żółtaczka, i trzeba było zostać na solarce jeszcze dwa dni. na szczęście już nie w pokoju socjalnym na karimacie, tylko we w miarę ludzkich warunkach, z mężem, z dojazdem/dojściem na karmienie co trzy godziny. naprawdę to wszystko byłoby niewypowiedzianie piękne – takie radzieckie i nierzeczywiste – gdyby nie to, że było takie paskudnie straszne. za dużo się napatrzyłam na chore dzieci i ich smutne matki, za dużo się nasłuchałam pikania aparatury medycznej. i jakoś mi trudno zapomnieć o tym, że nie można się ucieszyć, jeszcze nie, bo jeszcze jakieś jedno badanie, jeszcze może na innym etapie rozwojowym, jeszcze to się może okazać albo tamto, a wtedy jeszcze można zrobić to i to. po to, żeby się dowiedzieć. zdiagnozować.
w domu jest zdecydowanie lepiej. trochę się przestaję bać i zaczynam nawet zapominać o tych wszystkich ‘jeszczach’. przynajmniej zazwyczaj.
wiem, że to wszystko nie tak powinno wyglądać. powinnam się strasznie cieszyć, że zostałam mamusią i rozpływać się nad moim Maleństwem. i się rozpływam. przy jednoczesnych obawach czy z Bobinkiem będzie wszystko w porządku.
oczywiście przyda się modlitwa za Małego.
i chciałabym podkreślić na koniec, choć oczywiście nie jest to pierwszy wniosek nasuwający się po przeczytaniu powyższego tekstu, że naprawdę jestem bardzo szczęśliwa, pomimo tych smętów. ale radosną notkę napiszę raczej kiedy indziej, jak mi wróci dobry nastrój, bo w tej chwili, po wyciągnięciu z zakamarków głowy wydarzeń ostatnich dni nie bardzo mogę się odsmucić.
chyba że wrócę do samego początku. czyli do zeszłej niedzieli rano:)

Napisane przez: Lolinka | 4 czerwiec 2009

[speak out]

czas może jednak zakończyć nieobecność. trochę odpoczęłam, trochę się pozmieniało. może głównie moje nastawienie się pozmieniało. inne rzeczy trochę też.

niektórych ubyło [właściwie nie ubyło tylko się przegrupowało]. niektórych przybyło dla odmiany:)
poza tym w zasadzie – że tak zarzucę cytatem – na zachodzie bez zmian. my nie zachód, na szczęście, ale wiadomo o co chodzi. zaraz może nawet rzucę się jeszcze na nk otworzyć galerię, coby już całkiem się przestać alienować. choć stanowczo pozmieniało się ostatnimi czasy moje nastawienie do kontaktowania się z kimkolwiek za pośrednictwem internetu. i wciąż mam jakby mieszane uczucia w tej kwestii i tak z lekkim drżeniem paluchów otwieram to wszystko. bo nie jestem do końca przekonana czy to dobry wybór. ale może. wi wil si, jak mawiają starzy górale.

Starsze wpisy »

Kategorie