naszło mnie nieposkromione natchnienie na wynurzenia natury egzystencjalnej – mianowicie po pierwsze natchnęła mnie Wiola swoją notką o nienaturalnych porodach oraz natchnęło mnie moje własne życie, głównie w jego narzeczeńskim aspekcie. w pierwszym temacie – czyli a propos tych porodów rodzinnych, co to je poruszałam w komentarzu nie bardzo, przyznaję, śmiem się wypowiadać, gdyż ogólnie co mi do porodów rodzinnych, skoro nawet nie jestem w ciąży i zdecydowanie nie tylko rodzinny, ale w ogóle żaden poród nie czeka mnie jeszcze bardzo długo. drugi temat to ta nieszczęsna czystość przedmałżeńska, wałkowana z upodobaniem w te i we wte przez ostatnich kilka miesięcy, przy różnych okazjach. pewnie wyjdzie mi coś szaleńczo zawoalowanego, bo wywlekanie intymności na światło blogowe to nie bardzo, i nie lubimy, więc nie.
przez ostatnie miesiące sporo się działo. z różnych stron – a właściwie najbardziej z dwóch, chociaż komuś może się to wydać śmieszne, albo głupie, niedojrzałe, albo coś tam. jedną stroną byliśmy my, ja i Mateusz, i wszystko to, co jest między nami, wraz z tą stroną cielesną, która też jest w naszym związku obecna, choć to może kogoś zaskoczyć [haha, ależ ja jestem zabawna, o mio.]. z drugiej strony byli Wiola i Karol – tak tak – z ciążą, czyli, no nie bójmy się tego powiedzieć, seksem w podtekście. oraz ze ślubem. prawda jest taka, że wrzuciliście nam na głowy sporo rzeczy do przemyślenia. byliście wielokrotnie – i nadal jesteście – tematem naszych rozmów. i nie mogę powiedzieć, że mieliście jakiś wielki wpływ na nasze postępowanie czy decyzje, ale zdecydowanie wywołaliście małą rewolucję. nie między nami. może raczej w mojej głowie. rewolucję wywołał najbardziej obraz Karola jako odpowiedzialnego męża i ojca. do tego dołączyli się moi przyszli teściowie z całą swoją masą pretensji, zakładkami w książkach i innymi tam.
w międzyczasie tak zwanym życie toczyło się własnym rytmem. i tu sedno całości – ta cała czystość. na początku wydawało nam się obojgu, że to absolutnie żaden problem i w ogóle, że nie między nami i absolutnie nie ma mowy o żadnym zdejmowaniu bluzek [taki nam się utarł zwrot, chyba dość zrozumiały]. pominę Szkocję – i tamtejsze przejścia, moje poczucie niedowartościowania spowodowane tym, że facet się na mnie nie rzuca i takie tam. powiedzmy, że zostały mi mało przyjemne wypaczenia z przeszłości, z którymi dość szybko sobie poradziliśmy. ale nie okłamujmy się – z czasem wyszło jednak, że aż tak idealni i bezproblemowi nie jesteśmy. nie rozbebeszając – zaszliśmy dalej niż to początkowo zakładaliśmy. nie za daleko. ale jednak poza te początkowe granice. i nie, nie będzie w tym momencie samokrytyki i rozpisywania się o wielkim żalu:) dlaczego? bo to była świadoma decyzja, nie żadne popędy, atmosfera, hormony i feromony, wpływ chwili ani wielka zamraczająca namiętność. nie było przez ten czas ani wyrzutów sumienia, ani nic takiego, co mogłoby sygnalizować, że coś jest nie tak. dopiero teraz widzę, że coś było nie tak. i o tym właśnie dokładnie chciałam napisać.
mój katolicyzm kłócił mi się niejednokrotnie z psychologizmami, nowoczesnością, hedonizmem, artykułami na o2 i medialnym spojrzeniem na świat – na miłość i seks przede wszystkim. przykro przyznać, ale jestem zdecydowanie bardziej podatna na te wszystkie pierdoły niżbym chciała. tak to już chyba po prostu jest, że jedynym naprawdę skutecznym sposobem na ułożenie rzeczywistości wokół siebie jest słuchanie PB w każdym calu. nie wyłączając niczego. i choć nawet tego nie zauważyliśmy, jednak przestaliśmy się Go w pewnym aspekcie słuchać. stąd pewnie, tak najbardziej ogólnie rzecz ujmując, brały się problemy – kłótnie zdecydowanie zbyt częste i zdecydowanie zbyt często na tle seksualności właśnie, czasem naprawdę bardzo poważne, przestawienie hierarchii, pomylenie ról, mój ogromny brak poczucia bezpieczeństwa, z którego brała się niechęć do Mateusza, strach przed przyszłością i wątpliwości. do tego stopniowo doszły właśnie ciąża Szafrańskich, teściowie, cały świat zasadniczo… i tak zrobił się z tego niezły kryzysik. o jego przebiegu i rozmiarach poza samym Mateuszem tak naprawdę najlepiej wie Diana i jeszcze pewnie Albin.
a gdzie tu czystość [bo jak na razie to piszę tylko o jej braku]?
tydzień temu [teraz już z małym haczykiem] podjęliśmy wreszcie decyzję, która nam już od dłuższego czasu chodziła po głowach i przewijała się niejednokrotnie w kłótniach. decyzję o tym, że wracamy do stanu sprzed paru miesięcy, przywracamy granice na właściwe im miejsca i do ślubu zachowujemy czystość przedmałżeńską w prawdziwym znaczeniu tego słowa. jeszcze tylko cztery miesiące z okładem – nie aż tak strasznie:)
i cóż, może komuś to się wyda głupie, ale dużo się zmieniło od tamtego czasu. dla lepszego efektu byliśmy oczywiście u spowiedzi, o czym już zresztą pisałam. i tak żyjemy – krótko jak na razie, ale raczej nie mam wątpliwości, że się uda.
z mojej strony przede wszystkim wróciło poczucie bezpieczeństwa. ogromny spokój i przyjacielskie nastawienie w każdej sytuacji. może wam się to wyda bez związku – dla mnie związek jest wyraźny, choć być może to tak działa tylko u mnie. wszystko jakby wskoczyło na swoje miejsce. a Mateusz znów jest najmężczyźniejszym mężczyzną na świecie:) rację miał x. Pawlukiewicz mówiąc, że prawdziwy facet musi lubić sporty ekstremalne. że prawdziwy facet nie żebrze o seks. a nawet nie tylko – bo nawet bardzo kuszony nie daje się nijak złamać:)
dzięki tej jednej małej korekcie oczyściło się między nami bardzo dużo. i właściwie kolejny raz w życiu – tylko tym razem w pozytywnym świetle – przekonałam się jak bardzo ważna jest czystość przedmałżeńska. jak istotna jest dla kształtu całego związku i jak mocny i niezastąpiony fundament kładzie pod przyszłe małżeństwo. cieszę się, że na ‘nową drogę życia’ nie wniesiemy ze sobą tej rysy na naszej relacji – tak dobrze zakamuflowanej, że czasem wiadomo o jej istnieniu dopiero, gdy się poczuje ulgę, że już jej nie ma.
a, i nie, nie jest tak, że to seks ogólnie jawi mi się jako coś złego i tym samym w małżeństwie te problemy wrócą. ostatecznie jest Sakrament, tak? a Sakrament wszystko przemienia:)
wszystkich, którzy ewentualnie poczuli się urażeni/zniesmaczeni/oburzeni tą notką/głębokością wynurzeń/sposobem pisania/otwartością – przepraszam. ale jednak wydaje mi się, że nic strasznego nie napisałam.
a o reszcie… to już może kiedy indziej… nie wiem czy zdołam wyczekać, aż sama będę w ciąży i tym samym będę uprawniona do wypowiadania się w tematach ciążowych, ale tak czy siak – na dziś jestem już chyba zbyt zmęczona:)
dobranoc [rymowanki o muchach sobie daruję].
