ach ach, teraz będzie wielki powrót… a wielki powrót wygląda tak! no bo oczywiście miałam pisać częściej a tu miesiąc się kończy i pustka jak zwykle. więc już się grzecznie wytłumaczam, że źli ludzie w postaci serwisu gwarancyjnego zabrali nam laptopa, gdyż wyskakiwały mu kolorowe cosie na ekranie [tak dokładnie wpisał to pan technik do protokołu: "kolorowe cosie"]. ja bym to określiła raczej mianem pasków, względnie pasków i czasem plamek. ale skoro ‘cosie’ to fachowe określenie na tego typu usterki to ja się nie kłócę. w każdym razie grunt, że już nam oddali komputer i to w stanie naprawionym, czyli koniec końców okazali się jednak dobrymi ludźmi.
teraz można się spokojnie zabrać za nadrabianie zaległości:)
otóż od miesiąca mam nieustającą labę, na uczelni się nie pojawiam, z domu wychodzę tylko jak mam lepszy humor i jest bosko. a w każdym razie prawie, bo oczywiście ten urlop jest nie do końca spowodowany moim widzimisiem. z racji nieuchronnie nadchodzącego końca pierwszego trymestru czuję się coraz lepiej na szczęście i nawet miałam od wczoraj powrócić do szkoły, zwłaszcza, że dziś właśnie zaliczyłam czwartą nieobecność u księdza od ćwiczeń z teorii wychowania, i jak amen w pacierzu będzie chciał mnie wywalić za studiów oraz w chwili obecnej nie ma mnie na egzaminie z metodyki, a jutro nie będzie mnie na egzaminie z gerontologii, ale oto w poniedziałek wieczorkiem dopadła mnie gorączka w wysokości zatrważającej jak na osobę, która gorączki zwyczajowo nie miewa. i tak też mój komitet opiekuńczy w postaci Gosi sterroryzował mnie, że mam leżeć i się leczyć, a nie narażać Kaszalota na wychodzenie na mróz i jakieś powikłania. co muszę przyznać mnie samej wpadło do głowy i ogólnie jest dość rozsądne, ale nie wiem czy przemówi do księdza, w sprawie wywalania mnie ze studiów.
tak więc kolejne dni leżę i się obijam. popijam BoboFruty, mierzę gorączkę, okładam się woreczkami z lodem [drastyczna metoda, ale z braku możliwości brania normalnych leków musiałam czymś zbić temperaturę - wygląda, że nawet podziałało] i rozmyślam o tym jak ich przekonać, żeby mnie nie wywalali. [wiem, że marudzę, ale trochę muszę, dla zdrowia.]
ogólnie cały miesiąc upłynął mi pod znakiem jesiennej ramówki TVNu, braku jedzenia lub braku apetytu, zamartwiania się o Bobo, bo przecież na pewno umrze z głodu [teraz to już jestem o tym w stu procentach przekonana, gdyż wczoraj prawie nic nie jadłam przez tą gorączkę i teraz ważę tak beznadziejnie mało, że ten dzieciak musiałby mieć naprawdę potężną wolę przetrwania] i tym, że mi wcale brzuch nie rośnie [wiem, to jeszcze za wcześnie], i tym, że mam złe wyniki badań, i jeszcze tym, że się obijam.
jak na kobietę w ciąży przystało mam ochotę tylko na bardzo starannie wyselekcjonowane pokarmy, co skłania mojego dobrodusznego męża do wożenia mnie na kolację do restauracji 40 kilometrów od Warszawy, tudzież do biegania do sklepu o każdej porze dnia i nocy [ale już chyba ma dość, bo dziś kupił trzy mleka i trzy słoiki dżemu... biedaczek nie wie jeszcze, że zapomnieliśmy o herbacie i że pięć BoboFrutów nie wystarczy mi na długo...]. mam również humorki, powodujące na przykład to, że się wypłakuję mężowi w ramię przez pół wieczoru, bo oto usmażyłam sobie naleśniki, a później zjadłam tylko dwa i przeszła mi na nie ochota, więc tym pozostałym musi być strasznie smutno. jak to dobrze, że żyję, przecież gdybym nie żyła, to z kogo ja bym się śmiała?:)
chciałam więc z tego miejsca pogratulować mojemu mężowi anielskiej cierpliwości, wytrwałości i opanowania. na jego miejscu już dawno zażądałabym rozwodu.
zachowam się też jeszcze bardzo brzydko i naskarżę na panią w rejestracji w szpitalu zakaźnym. gdyż niestety mieliśmy z nią ostatnio do czynienia i wkurzyła nas nieziemsko. bo skierowanie było złe. bo ja mam mieć skierowanie od lekarza rodzinnego. ciekawe, prawda, od kiedy to lekarze rodzinni zajmują się prowadzeniem ciąży. bo musi być lekarz z umową z NFZem. jak się pracuje w szpitalu publicznym to chyba ma się umowę z NFZem, ale cóż z tego. oczywiście nie można było powiedzieć jednego prostego zdania pod tytułem: musi pani mieć tu taką pieczątkę, żeby był numer umowy przychodni z NFZ. to jedno proste zdanie powiedziała mi dopiero druga pani w rejestracji. tak czy siak teraz muszę załatwiać papierki albo płacić. w sumie pewnie skończy się na płaceniu, ale pani w rejestracji swoją drogą zasługuje na przeniesienie do czasów PRLu, bo tam pasowałaby jak ulał. a czekanie na wizytę u lekarza bite cztery godziny [CZTERY] też mi się kojarzy trochę starodawnie. chociaż momentami było śmiesznie. na przykład taka scenka: do poczekalni wchodzi dwóch panów w wieku około 25 lat na oko, styl dresiarsko – gangsterski, jeden pyta:
- kto z państwa ostatni do gabinetu 25?
pani ostatnia: ja.
pan drech: a dużo osób przed panią?
pani ostatnia: hm… wszyscy.
pan drech, rozglądając się po wypełnionej po brzegi poczekalni: no ale kto wszyscy?
ktoś: no, wszyscy…
pan drech, do swojego kumpla: wszyscy? to spierdalamy.
koniec marudzenia na służbę zdrowia:)
koniec też chyba ogólnie, bo odczuwam potrzebę drzemki chwilowej, toteż chyba się na nią udam.
*********************************
ach, me plotkarskie oczy odnalazły na NK przyczynę zamążpójścia Izabelki, która zresztą nie była trudna do przewidzenia:) całkiem słodka:)
z racji daty dzisiejszej chciałabym też narobić publicznego obciachu Dianie: jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Misia:)
hmmm.. a ja myślałam że to ja byłam ta zła wysyłając męża (jeszcze wtedy przyszłego) po brzoskwinie w syropie o każdej porze dnia i nocy.
Matuszu, cierpliwości!
A Ty, Olu, kuruj się. Z tego, co wiem to możesz zbijać gorączkę paracetamolem, byle najzwyklejszym (żadnym extra noc czy coś takiego) zB. apapem, chyba, że lekarz surowo zabronił. Ze studiów Cię nie wywalą, jeśli na wszystkie dni opuszczone masz zwolnienie od gina.
Z tym skierowaniem to powiem Ci, że najprawdopodobniej było by tak, że lekarz POZ powiedziałby Ci, że skoro jesteś w ciąży to musisz iść do ginekologa. Moja pani doktor nawet opowiadała, jak kiedyś w zimie na dyżurze trafiła jej się do zbadania pacjentka ze złamaną nogą, gdyż chirurg-ortopeda stwierdził, ze skoro jest w ciązy to najlepiej się nią zajmie ginekolog. Ot, Polska!
oj, Wiolu, nie wiem która z nas jest gorsza podczas ciąży, bo oczywiście Ciebie nie miałam okazji obserwować, ale ja mam kosmiczne wyrzuty sumienia z powodu tego, co Mateusz przeze mnie przeżywa. on tymczasem zachwyca się, że tak pięknie wyglądam, jak płaczę:)
kuruję się, kuruję, dziś już jest zdecydowanie lepiej:) wiem, że paracetamol mogę brać, ale niestety – lek dla dzieci, wiadomo, za mocny nie jest, na mnie przynajmniej średnio działa. okłady z lodu za to podziałały skutecznie. a zwolnienie to nie problem chyba, ale nie wiem czy ksiądz to weźmie pod uwagę [trochę on jest z tych niereformowalnych, no ale zobaczymy...].
a z tymi lekarzami, cóż, też odnoszę takie wrażenie, zwłaszcza, że już dziś pani z przychodni studenckiej nie bardzo miała ochotę udzielać mi jakichkolwiek informacji, gdyż jej zdaniem nie jestem u nich zadeklarowana do żadnego lekarza – a przysięgłabym, że w zeszłym roku wypełnialiśmy deklaracje oboje. ogólnie z tego co widzę, panuje taka zabawna spychologia – nikomu się nic nie chce, więc odeśle pacjenta gdzieś indziej dla wygody i tak wiecznie. no i dochodzi do takich kwiatków właśnie, że jak kobieta w ciąży to do ginekologa, nawet ze złamaną nogą, ale jak potrzebne skierowanie w sprawie ginekologicznej to pani mnie odsyła do rodzinnego… gdzie tu logika?
Logika? Logiki to można najwyżej uświadczyć na uczelni na stosownym przedmiocie, ale skoro nie chodzisz na zajęcia…
A tak na serio: Olu – zdrowia i spokoju, Mateuszu – cierpliwości i samozaparcia. Trzymajcie się dzielnie:)
Co do cosiów-techników od laptopa, to wielki szacun dla nich.
Chciałem dla sprostowania dodać, że Ola rzeczywiście marudzi i to strasznie. Zwłaszcza w ten sposób: “Jeju, jak ja strasznie marudzę, na pewno nie możesz ze mną wytrzymać”. A to oznacza, że dziękuję za życzenia cierpliwości i samozaparcia, ale chwilowo nie są mi one potrzebne (tzn. cierpliwość i samozaparcie, bo dobre słowo zawsze się przydaje). Myślę, że przyda się jeszcze bardziej modlitwa, bo wyniki ostatnich badań są, cóż, nie najlepsze. Z góry dziękujemy!
A tak poza tym, to intryguje mnie, jak zmieniłeś login, Smutny Naleśniku, jednocześnie pozostawiając linka do swego bloga. Ale spokojnie, wcale nie musisz mówić. Znajdę se :P.
Nie zmieniłem. Miałem i mam jeden i ten sam:)
Pingback: [bu] | Lolinka top sikret