nie wiem skąd mi zaraz przychodzi do głowy, że niby moje wybory życiowe są uważane za złe. ja uważam je za bardzo dobre. odnoszę nawet wrażenie, że ich słuszność potwierdza się w praktyce, choć oczywiście moje życie nie jest tylko pięknym konstruktem, który zawdzięczam wyłącznie sobie i swojej absolutnej wspaniałości. wydaje mi się tylko, że odbija się echem schemat sprzed trzech lat i ciekawi mnie czemu, do cholery, znowu?
nieważne.
niestety wciąż siedzę w Bełchatowie. chyba dochodzę po jakiejś sinusoidzie do kolejnego momentu, kiedy wszystko zaczyna mi działać na nerwy i przy okazji ja też zaczynam innym działać na nerwy. nie lubię jak ktoś ustawia mój plan dnia, jak również plan dnia mojego dziecka, wprowadza swoje sposoby na zbyt dużo rzeczy i trzęsie się nad wszystkim milion razy bardziej niż to konieczne. dwulatek naprawdę nie potrzebuje zakładać grubych rajstop pod spodnie tylko dlatego, że temperatura spadła poniżej 20 stopni, a alergia, nawet bardzo zaostrzona nie wymaga jechania na ostry dyżur. przynajmniej ta konkretna alergia, bo nie twierdzę, że żadna. wychowanie dziecka nie musi wcale kosztować takich miliardów jakie sugeruje TVN i nie, to wcale nie dlatego, że ja wyrodna matka nie będę posyłała mojego dziecka na prywatny angielski (chociaż raczej nie będę), żeby na nim oszczędzić. krem na “atopowe zapalenie skóry, łuszczycę i egzemę” jest wystarczająco specjalistyczny (chyba bardziej niż “do pielęgnacji skóry bardzo suchej”) mimo, że kosztuje tylko 20 złotych i nie jest firmowy.
ech… już się wyżaliłam, więcej nie będę.
choruję sobie niedelikatnie już któryś dzień, inhalacje pomagają w ograniczonym stopniu, może dlatego, że robię je zbyt rzadko, bo syn się boi inhalatora. szałwia uleczyła ból gardła, ale jak widać tylko ból, bo po dwóch dniach bakterie lub inne świństwo powróciło w postaci kaszlu (paskudnego). jak tak dalej pójdzie w końcu będę jednak musiała odwiedzić lekarza, choć wcale mi się to nie uśmiecha…
no i naprawdę MARZĘ o tym żeby wrócić do domu. posprzątać, zapełnić lodówkę. móc gotować. nawet nie wiedziałam, że aż tak bardzo uwielbiam gotować. żyć sobie własnym rytmem i widywać się z Mężem przynajmniej na te parę godzin dziennie, zamiast wisieć co wieczór na telefonie. dlatego bardzo, bardzo upraszam panów od remontu, żeby się pospieszyli…
Piszę ten komentarz, żeby wykrzyczeć radość z podłączenia internetu! I przypomnieć o istnieniu bloga w przestrzeni publicznej :). Pozdrawiam.