co za życie… święta mnie w tym roku zaskoczyły jak zima drogowców… albo jak liście na drzewach… albo jak nie wiem co, w każdym razie jakoś kompletnie nie czuję się na świętowanie, może dlatego, że nie ma śniegu (chociaż wczoraj wieczorem coś tam sypnęło na naszą Chomiczówkę, ale nie wygląda jakby miało zamiar się utrzymać). z powodu ograniczonych funduszy postawiłam sobie za cel skompletowanie prezentów w możliwie jak najbardziej oszczędny sposób, ale to oznacza, że trzeba poświęcić im nieco więcej czasu. a wieczorami jest zawsze pięć tysięcy rzeczy do zrobienia (w pozostałych momentach dnia jest ich trzy razy więcej, więc tym bardziej nie wiem jak miałabym jeszcze czynić rękodzieło). wytwarzanie prezentów dla tej części rodziny, która mogłaby się ucieszyć z takich marnej jakości pierdół (czytaj: kobiet) okazuje się szalenie pracochłonne. targnęłam się również na wytworzenie domowej przyprawy do piernika i pierniczków z jej dodatkiem. przyprawa chyba wyszła, pierniczki o dziwo również (nawet się nie przypaliły, jestem pod wrażeniem). dziś razem z Gapem udekorowaliśmy je prawdziwym (nie z torebki :P) lukrem i posypką, i wyglądają tak świątecznie i pięknie, że aż bym się pochwaliła, ale nie chce mi się dociekać jak się tu wrzuca zdjęcia :P
codzienność natomiast jak zwykle mnie przytłacza do podłogi. śpię po 10 godzin (mam takie dziwne dziecko, które mi na to pozwala), a mimo to i tak zasypiam przy każdej nadarzającej się okazji. z powodu tego, że śpię, Gap nauczył się obsługiwać wszystkie domowe sprzęty – rano włącza sobie telewizor, przełącza na wybrany kanał, jak chce coś na DVD to też sobie włączy, nalewa sobie wody, jak chce pić, a jak jest głodny to wygrzebuje chleb z chlebaka i wcale nie potrzebuje do niczego mamy. to straszne. czuję się naprawdę wyrodną matką. a on jeszcze od tego wszystkiego zaczyna świetnie łapać alfabet w wersji polskiej i angielskiej, nauczył się paru nowych piosenek (w tym właśnie angielskiego alfabetu oraz “Wyginam śmiało ciało”, więc teraz potrafi nas uraczyć tekstem “gdy słodka jest, bez makijażu ma być, figurę ty masz, dla faceta już się liczy”…), liczy po angielsku i opowiada nowe historie na dobranoc (generalnie króluje Czerwony Kapturek oraz Jaś i Małgosia, ale z reguły robią całkiem co innego niż się to wydawało całemu światu do tej pory).
stworzenie zamieszkujące mój brzuch daje o sobie znać dość intensywnie (a przynajmniej intensywniej niż to robił straszy brat), kopie w najmniej ciekawe miejsca (zwłaszcza z wielkim upodobaniem ugniata mój pęcherz :)) i chyba ma jakieś problemy z ustawieniem się w pozycji “na nietoperza” – wnioskuję to przynajmniej z tych dziwacznych akrobacji, które wykonuje. ale za to rośnie podobno zdrowo i wszystko ma na swoim miejscu. mama natomiast nie ma czasu chodzić na badania ani do lekarza, co jest oczywiście strasznie złe… przez to wszystko mam wrażenie, że czas biegnie tak szybko, że te dziewięć miesięcy minie niemal niezauważenie. pierwszą ciążą można się było delektować, czytać sobie poradniki, rozmyślać i kupować z namaszczeniem wszystko co trzeba, a w drugiej, kurczę, jakoś zupełnie nawet nie myślę, że jestem w ciąży… może dlatego Maluch musi mi dobitniej o tym przypominać :).
o reszcie nieprzyjemnych rzeczy, które mi się w ostatnim czasie zwaliły na głowę (lub planują to zrobić w najbliższych dniach) wcale nie będę pisać, bo nie ma to chyba sensu.
z najnowszych tekstów Gabrysia – dzisiejsza pośpiewajka: “będę lekarzem, kiedy się wyśpię”.