[paryż w odsłonie drugiej]

kończą się powoli nasze wakacje w Paryżu, ale ponieważ Mąż znowu śpi, to wyprodukuję jeszcze jedną część moich wynurzeń obserwacyjnych, albowiem ci Francuzi nasuwają mi wiele ciekawych przemyśleń (ciekawe są one oczywiście moim zdaniem, nie każdy się musi zgodzić).

przemyślenie pierwsze dotyczy bezdomnych, którzy wydają się bezdomnić jakoś inaczej niż w Polsce. nie żeby ich było więcej, ale są bardziej intrygujący. przeciętnie są chyba młodsi i mniej pijani, a tym samym mniej śmierdzący. ale to jeszcze wcale nie jest przesadnie zajmujące. są to bezdomni, powiedziałabym, z artystyczną duszą. różnią się tym znacząco od bezdomnych niemieckich, których mieliśmy okazję spotkać podczas naszej poprzedniej randkowej podróży, trzy lata temu, na dworcu głównym w Berlinie. tamci niemieccy bezdomni byli w jakimś sensie również kwintesencją swojego kraju. całkiem czyści i nieźle ubrani siedzieli sobie w dworcowym magdolandzie, pan i pani, i kulturalnie oddawali się rozmowie oraz czytaniu prasy, a zagadnięci przez obsługę, że mają sobie pójść, grzecznie sobie poszli. bezdomni paryscy nie są tak dobrze ułożeni, ale są pomysłowi. dwa dni temu, podczas wieczornego spaceru po wyspie Cite, w poszukiwaniu katedry Notre Dame, natknęliśmy się na domek bezdomnego, zbudowany w zakolu balustrady jednego z mostów. domek był częściowo odgrodzony od ulicy przy pomocy pudeł, wewnątrz znajdowało się posłanie i dobytek, wszystko ze smakiem urządzone. wczoraj podczas jeszcze bardziej wieczornego powrotu z rejsu po Sekwanie przechodziliśmy obok tego samego mostu i zastaliśmy w domku pana bezdomnego, który sobie spał na swoim posłaniu. (dodam że domek postawił sobie bynajmniej nie w odosobnieniu, ale przy dużej, ruchliwej ulicy, w bardzo widocznym miejscu i wcale nie próbował się ukrywać). jeszcze ciekawszego pana (przypuszczalnie) bezdomnego spotkaliśmy również wczoraj w nocy, ale bliżej naszego hotelu. ten pan urządził sobie sypialnię w budce telefonicznej, w której zmieścił się dzięki temu, że uniesione nogi oparł na jednej ze ścian. kiedy przechodziliśmy musiał chyba wyczuć nasze zaintrygowanie jego osobą, bo uchylił jedno oko i nam pomachał. ze względu na tymczasowy charakter sypialni domniemywam, że mógł to być równie dobrze podróżny, a nie bezdomny. konkluzja jednak moja jest taka, że francuska policja nie przemęcza się tym, czym przemęcza się policja w Polsce. w ogóle ciężko mi stwierdzić czym się zajmuje, ale pewnie ściganiem prawdziwych przestępców, bo na pewno nie zakłóca spokoju zwykłym ludziom, którzy mogliby chcieć spać na ulicy albo realizować swe potrzeby fizjologiczne pod mostem (o tym później). a jakiś dzielnicowy komisariat znajdujący się przy naszej ulicy w ogóle oddaje się przyjemniejszym czynnościom, bo już od wczesnych godzin wieczornych jest zamknięty, a w niedzielę to w ogóle, za to w poniedziałek rano ustawia się do niego długa kolejka petentów (po co?).

innym zadziwiającym mnie aspektem jest poziom czystości przeciętnej paryskiej ulicy, o którym zawsze sądziłam, że będzie wysoki, wszak to Paryż, sławne miasto, stolica kultury, mody, sztuki i w związku z tym powinno tu być wszystko wymuskane. a wcale nie jest. przeciętna ulica, nawet taka ruchliwa i w środku miasta bywa mocno zaśmiecona, ale nic nie jest w stanie przebić dziwnego zwyczaju mieszkańców tudzież turystów (nie zbadałam tego bliżej) związanego z zamiłowaniem do realizacji swych potrzeb fizjologicznych w dowolnym miejscu, nie będącym bynajmniej toaletą w powszechnym znaczeniu. z powodu tego zamiłowania w wielu (bardzo wielu) miejscach, mówiąc niewybrednie i wprost, śmierdzi moczem. co więcej często ten mocz lub ślady po nim da się nawet zauważyć. na takie znaleziska można natrafić na przeciętnej ulicy (nie, że jakiejś bocznej), w tunelach metra i przejściach podziemnych, a także pod mostami. w czasie romantycznego spacerku brzegiem Sekwany zalecam szczególną ostrożność, bo wielu tubylców i zapewne turystów oddaje się tam spożywaniu napojów wysoce moczopędnych, a następnie ze swą potrzebą oddalają się jedynie pod najbliższy mostek. pod niektórymi mostkami atmosfera jest w związku z tym taka, że jedyne co można zrobić to wstrzymać oddech i przyspieszyć kroku. i nie rozglądać się na boki, bo to, co można zobaczyć nie jest lepsze niż to, co można wywąchać.

największym naszym problemem są jednak zwyczaje paryskich restauracji, które niejednokrotnie zmusiły nas do jedzenia w magdolandzie, a to doprawdy duża strata (nie żeby gotówki, ale doznań smakowych). otóż w czasie, kiedy przeciętna polska restauracja przeżywa zazwyczaj największe oblężenie, czyli w porze późno obiadowej, między 15 a 19, wiele paryskich restauracji ma jeszcze (lub chwilowo) nieczynną kuchnię i jedyne co oferuje to usiąście i uraczenie się dryniem. dla nas jest to prawdziwa tragedia, bo nie zwykliśmy jadać obiadów przed 15 ani też po 19. musimy więc dostosować swe zwyczaje jedzeniowe do wymogów leniwych francuzów lub też jechać do bardziej centrum w poszukiwaniu bardziej przychylnych klientowi restauracji, które swej kuchni w porze obiadu nie zamykają. to jeszcze jednak pół biedy, bo jesteśmy zwolennikami tezy, że co kraj to obyczaj, a turysta musi się jakoś dostosować. dziś jednak byliśmy wreszcie w Luwrze (odczekanie paru dni było opłacalne, bo dziś kolejka była krótsza na oko o co najmniej 1/3, a szacowany czas oczekiwania wynosił 2,5 godziny, a nie 3; koniec końców zaś weszliśmy po 2) i tam spotkało nas naprawdę niemiłe zaskoczenie. a niemiłe zaskoczenie wygląda tak: Luwr jest czynny do 18, zaś restauracje wewnętrzne, które mogłyby podawać coś obiadowego i ciepłego czynne są tylko do 16, a jeśli dłużej to o 16 i tak już nie ma nic na ciepło a jedynie ciasteczka i kawusia. ponieważ najpierw oddaliśmy się przyjemności zwiedzenia najważniejszych i najbardziej nas interesujących ekspozycji i na jedzonko udaliśmy się dopiero ciut po 16 musieliśmy zadowolić się ciasteczkiem. a zaznaczam, że nie jest to odosobniony przypadek, bo z podobną sytuacją mieliśmy już do czynienia parę dni temu w Disneylandzie, gdzie restauracje stopniowo zaczęły się zamykać już w porze wczesnoobiadowej, mimo że cały przybytek otwarty jest do 23 i w porze kolacji, kiedy chcieliśmy coś przekąsić czynne były już tylko jakieś pojedyncze, a nie wiem czy nie dosłownie dwie jadłodajnie, przy czym jedna zamknęła się kilka minut po tym, jak mój dzielny Mąż stanął w kolejce. strategia marketingowa Francuzów jest dla mnie bardzo tajemniczą rzeczą, bo nie przypuszczałam, że w miejscu takim jak Disneyland, gdzie z reguły przyjeżdża się na cały dzień, od popołudnia trzeba już chodzić głodnym.

pozytywnym zaskoczeniem okazał się za to przeciętny francuski supermarket, sieci takiej co w Polsce też jest. supermarket, oprócz mnogości ciekawych produktów niedostępnych w Polsce (co nie jest niczym dziwnym) oferował na dziale z warzywami takie cuda, że zwariować można. a między innymi: kilka różnych już na oko odmian pomidorów (a licząc z pomidorkami koktajlowymi to pewnie kilkanaście), mango, awokado, granaty, passionfruty, które nie wiem nawet jak się po polsku nazywają, bo w polskich przeciętnych supermarketach ich nie bywa, karczochy, cukinie zwykłe, żółte i kulkowe, bataty, 17 (!) rodzajów sałaty oraz cztery gatunki grzybów, w tym pieczarki kremowe, pochodzące z Polski, których w Polsce nie widziałam nigdy. i nie piszę tu tego po to, żeby ponarzekać jak to w Polsce źle i jak mamy słabo zaopatrzone sklepy, ale dlatego, że od takiej różnorodności zrobiło mi się smutno i źle, że nie mam tu jak gotować i nie mogę sobie wypróbować tylu wspaniałych nowych produktów, których prawdopodobnie nie uda mi się kupić w domu. a wszak nie będę przemycać karczochów i pieczarek kremowych przez granicę…

Reklamy

8 thoughts on “[paryż w odsłonie drugiej]

  1. Zobacz Żono, nikt Cię nie komentuje, bo nie dałaś zdjęć z Paryża. Pokaż im pieczarki kremowe z Polski! Na pewno chcą je zobaczyć! Możesz też pokazać Wieżę Eiffela.

  2. Szanowna Pani ! Trafilam na Pani wpis za posrednictwem blogu Pani Meza, ktory czasami podczytuje i bardzo mi sie podoba :) Mam pytanie: dlaczego nazywa Pani Francuzow „leniwymi” tylko dlatego, ze jedza posilki o regularnych porach, tj. obiad o 13.00 a kolacje o 20.00 (podaje do Pani wiadomosci)? Moze to Pani ma „problem” z dostosowaniem sie do normalnego rytmu dnia, gdzie po sniadaniu (jednym rogaliku, a nie kilkoma tylko dlatego ze sa „za darmo w opcji all inclusive”) jest obiad i kolacja o stalych godzinach, tak aby mogli w nich uczestniczyc wszyscy czlonkowie rodziny (moze Pani nie wie, ale we Francji sa specjalne przerwy na obiad, aby wlasnie mozna usiasc wspolnie do stolu). Mysle, ze nie powinna Pani od razu uzywac terminu „leniwy” tylko dlatego, ze ktos ma swoje-logiczne-zasady. Francuzom z pewnoscia trudno byloby zrozumiec wlasnie brak tych zasad i regularnych godzin posilkow w Polsce, w ktorych uczestniczy cala rodzina, ale watpie, czy chcialaby Pani, zeby od razu uzywali niemilych Pani epitetow.

  3. Pani Marzeno! Bardzo mi miło, że czytuje Pani mojego bloga, miło mi też, że dotarła Pani za jego pomocą do mojej Żony. Zanim ona sama ustosunkuje się do Pani komentarza, sam dam krótką odpowiedź. Pierwszą rzeczą jest kwestia właściwego rozumienia bloga – po przeczytaniu jednego wpisu nikt nie jest w stanie zrozumieć i określić całokształtu stylu i humoru, którym posługuje się autorka bloga. Zdarzały się już nieporozumienia (na przykład gdy twierdziła, będąc w ciąży po raz pierwszy, że planuje zagłodzić naszego Syna), ponieważ ktoś nie rozumiał, co miała na myśli. Pisanie o kimś, że jest leniwy niekoniecznie oznacza, że rzeczywiście za takiego go mamy – w ironiczny sposób określa coś, czego rzeczywiście nie potrafimy zrozumieć. Możemy też napisać, że Francuzi są brudasami – bo sikają pod mostem, choć wcale niekoniecznie uważamy ich za brudasów. Są też palaczami na potęgę – bo kopcą gdzie się da i ile się da… Ironia – niekoniecznie prawda.

    Jednakże po drugie rzeczywiście przeszkadzało nam, gdy zarówno po 17, jak i po 15 kelner w restauracji pytał nas, czy chcemy jeść i odpowiadał, że po 19 zaprasza. Nie w tym rzecz, że my nie jemy regularnych posiłków. Dla nas zwyczajnie obiad jest o 15-16, kolacja około 18.30. O 20, o której Francuzi podobno jedzą kolację, my już na co dzień kładziemy dzieci spać. Lenistwo, o którym pisze moja Żona wcale nie znaczy poszeregowanego układu dnia z czterogodzinną luką w porze obiadowej, lecz zamknięcie się na setki turystów, którzy nie muszą być przywykli do francuskich zwyczajów i mają prawo być głodni o 16. Restauracje bliżej centrum nie robiły problemów. Nasza ulubiona restauracja przy Montparnasse trzy razy odmówiła nam jedzenia: po 15 i 17, oraz w dniu wyjazdu, przed 12 (wtedy poczekaliśmy aż otworzą kuchnię). Rozumiemy zwyczaje Francuzów – już – ale nam, turystom, szczególnie przeszkadza konieczność jedzenia w McDonaldzie, bo kuchnia nie działa przez 4 godziny popołudniu. Stąd lenistwo.

  4. Nie rozumiecie Panstwo zwyczaju kraju, ktory zwiedzacie, wiec nazywacie tubylcow „leniami”? Ale to ironia oczywiscie, niekoniecznie prawda, hahaha :). Prosze mi wierzyc, wiekszosc Europejczykow je posilki o stalych wyzej wymienionych porach. Warto sie do nich dostosowac, bedac na wakacjach. Moze zamiast pytac 3 razy w tej samej restauracji o obiad w dziwnej porze wystarczyloby np. poczystac przewodnik albo mimo, ze sniadanie jest bez ograniczen, poprzestac na skromniejszej porcji? Na pewni nie chcieliby Panstwo, gdyby ktos Wam zaczal przyklejac „ironiczne, nieprawdziwe” latki ,”tak dla zartu”. Przy okazji, Pana w wpisy na tematy religijne sa bardzo interesujace i bardzo madre. Wplynely na moja prywatna opinie na wiele tematow koscielnych. Chapeau bas ! Czytalam wiele Panstwa wpisow i rozumiem logiczna, madra ironie. Czasami jednak mam wrazenie, zwlaszcza w sposobie, w jaki odbieracie Pantwo ataki w komentarzach, ze mimo iz to Wasz czytelnik mial racje, Pantwo nie chcecie w zaden sposob mu tej racji przyznac. Prosze pamietac o pokorze. Pozdrawiam serdecznie, Marzena

  5. Pani Marzeno, proszę wybaczyć, że jeszcze odpowiem, mimo że mój Mąż w sumie już się odnosił do Pani komentarza. Otóż po pierwsze nie nazwałam Francuzów „leniwymi” dlatego, że jedzą posiłki o regularnych porach. Nazwałam ich tak dlatego, że moim zdaniem jest czymś w rodzaju lenistwa otwieranie kuchni w restauracji na około 6-7 godzin dziennie. Ta cała obserwacja jest zresztą oparta na kilku przypadkach, również takich, kiedy zamykano restauracje (w Disneylandzie, w Luwrze) o 16, nie bacząc na fakt, że jest to wczesna (bardzo!) pora, kiedy ludzie – klienci! – mogą jeszcze chcieć coś zjeść. Regularne pory posiłków to chwalebny zwyczaj, niech będzie więc chwała Francuzom (ironia), ale moim zdaniem restauracja to nie jest mój dom i moi klienci mogą mieć inne pory posiłków, regularne lub nie, a ja oferuję im usługę i to ja mam ich zachęcić, spodobać im się, a nie odwrotnie. Dlatego uważam, że restauracje powinny być czynne w ciekawszych porach niż 12-15 i 19-22. To jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam, niezależnie od tego, co Pani sądzi, bo oczywiście może się Pani ze mną nie zgodzić, dla odmiany.
    Pisze Pani tak, jakby cudowni Francuzi mieli stałe pory posiłków i kultywowali ich wspólne jedzenie, czego niekulturalni Polacy nie robią. Też mogę się doczepić, bo dla mnie stałą porą obiadu jest 15-16. W moim domu rodzinnym tak było, teraz nieczęsto nam się to udaje, bo mojego Męża nikt do domu na obiadek nie zwalnia (Francuzi tu też mają fajnie). Cieszę się, że Pani jest tak obytą osobą i tak dużo wie o życiu we Francji, ja niestety jestem obyta znacznie mniej i o tym nie wiedziałam. Przewodnik czytałam, a też, kurde, nie napisali. I żarłam jak dziki Polak na śniadanie (za 9 euro, więc nie żeby tak bardzo „dawali”) całą bułeczkę (nie kajzerkę, malutką taką), a rogaliczka (mini) i bułeczkę czekoladową (mini) brałam sobie na później. Jestem chyba strasznym barbarzyńcą i Francuzi musieli być zdruzgotani mym obżarstwem.
    Odnoszę wrażenie, że starałam się zrozumieć zwyczaje kraju, który zwiedzałam, więc zamiast robić awanturę, że chcę obiad o 16, grzecznie wychodziłam i szłam na nuggetsy, chociaż ich jeść nie powinnam w ogóle. Po prostu mnie one zdziwiły (zwyczaje, nie nuggetsy) i, nie bójmy się tego określenia, zdenerwowały. Bo moim zdaniem, jak już pisałam, jest to coś w rodzaju lenistwa (zaznaczam, że nie jest to najlepiej dopasowane słowo, ale lepszego na to określenia nie znajduję). Nie wiem czemu nie wolno by mi było skrytykować (odnoszę wrażenie, że jednak dość delikatnie, a przede wszystkim, jak podkreślał mój Mąż, ironicznie i nie do końca serio) czegoś, co mi się nie podoba, w kraju, który zwiedzam. Czy to jest zakazane? Tak ogólnie, czy tylko Francji nie wolno krytykować?
    Wyjaśnienie dlaczego trzy razy pytaliśmy o obiad o dziwnej porze w tej samej restauracji, nękając kelnerów (ironia), jest takie: pierwszy raz było to około 17, powiedziano nam, że do 19 kuchnia nieczynna, ale zapomnieliśmy spytać od której (nie przyszło nam do głowy), drugi raz poszliśmy więc wcześniej sądząc, że może to tylko od 17 do 19, okazało się że i o 16 jest zamknięta, ale znów nie spytaliśmy od której, trzecim razem poszliśmy o 15, co jest tak obiadową dla nas porą, że nie przypuszczaliśmy, że będzie zamknięte, bo i nie sądziliśmy, że ta przerwa jest taka długa. Jak już mówiłam w przewodniku byli pominęli tę ważną informację. Kelnerzy chyba się nie obrazili, co najwyżej trochę się z nas śmiali. Na śniadanie zaś naprawdę już skromniej byłoby mi ciężko, zwłaszcza że chciałam jednak zyskać porcyjkę energii na przynajmniej ze dwie godzinki. Gdybym nie chciała jeść w ogóle to chyba nie płaciłabym jednak tych 9 euro dziennie. Poza tym przepraszam, ale ja po prostu jestem przyzwyczajona do śniadań typu polskiego (śniadanie ma być dość pożywne), a tam się tak nie dało, na co też mogłabym narzekać, a ja się, głupia, delektowałam francuskim śniadaniem :/.
    Bardzo przepraszam, że nie przyznaję Pani racji, ale nie uważam, aby ją Pani miała. A „ataki” w komentarzach odpieram w taki sposób, bo nieco mnie irytuje, kiedy kolejna osoba zarzuca mi coś, czego kompletnie nie czuję się winna (bo naprawdę nie mam nic szczególnego do Francuzów, wpis był lekko ironiczny, ale z drugiej strony pewne rzeczy mi się nie spodobały i nie wiem czemu nie mam do tego prawa) i jednocześnie wrzuca mi, że się obżeram na śniadanie, bo jest darmo, nie mam zasad odnośnie pór posiłków i jeszcze nie potrafię zrozumieć innych. No widać nie potrafię, nie wiedziałam nawet.

  6. Dziekuje za baaardzo wyczerpujaca odpowiedz. Jako „obyta i wiedzaca duzo o Francji” osoba (ironia), pozwole sobie jeszcze tylko dorzucic, ze praca w kuchni nie polega tylko na wydawaniu posilkow przez 6-7 godzin dziennie, ale tez na przygotywawuniu ich, myciu kuchni, zmywaniu naczyn itp, moge tez wytlumaczyc, dlaczego nie da sie tego robic w godzinach otwarcia restauracji, ale mysle, ze jest to oczywiste. Jeszcze raz dziekuje za odpowiedz, wiele rzeczy zawarla w niej Pani nawet „miedzy wierszami” (mam nadzieje, ze swiadomie:). Pozdrawiam, Marzena

  7. Paryż kojarzy się z miastem wybitnie turystycznym, ale pamiętać trzeba też o tym, że pracuje tam mnóstwo dojeżdżających z okolic osób, które wstają bardzo rano i bardzo późno wracają, więc chcą mieć o 12.00 ten obiad. Turyści jakoś sobie z tym radzą a miasto, jak i spora część kraju właśnie tak funkcjonuje. W innych regionach jest zupełnie podobnie, również na bardzo obleganym przez turystów południu, choć tam często przerwa o 12.00 wynika również z gorąca, które powoduje, że źle się pracuje. Takie tam mają zwyczaje i nie będą ich zmieniać, nawet ze względu na turystów, bo malo kto do tych restauracji po 15.00 czy 16.00 chodzi. Przykładowo w mój mąż często pracuje do 18.00, jeśli chce pójść do banku to musi brać wolne, bo banki są zamykane kiedy on wraca. To jest trochę na podobnej zasadzie. A co do lenistwa – wszystko zależy od lokalu. Wiele jest otwieranych rano np. o 8.00 i zamykanych o 24.00 więc nie wiem czy to lenistwo, że kuchnia nie pracuje między 16 a 19. Poza tym zauważyłam, że lokale dwa razy w ciagu dnia są calkowicie zapełnione i mają bardzo dużo miejsc. W Polsce tego nie widziałam – ani takiego obłożenia ani tak wielu naprawdę sporych lokali. Nie dziwi mnie, że są te przerwy, kiedy kuchnia pracuje na pełnych obrotach 4 godziny, szybko są wydawane posiłki i potem mają to samo wieczorem. Bardzo wiele kuchni pracuje nawet do 24.00. Może to sie Wam nie podobać ale nie wiem, czy mówienie, że ci ludzie są leniwi jest sprawiedliwe. Nie twierdzę, że ten kraj jest cudowny i wspaniały bo nie jest. Z resztą od lat walczę z powszechnym przekonaniem, że u nas jest do d***, a na Zachodzie jest cudownie. Lenistwo we Francji owszem jest – boleśnie się o tym przekonałam, kiedy w styczniu 3 razy potłukłam się na ulicy, bo nikomu się nie chciało odśnieżyć chodników.
    Podesłałam Mateuszowi własny przewodnik po Paryżu. Nie pomyślałam o tym, żeby tam napisać o przerwie obiadowej, ale to był naprawdę rozmiar mini. Dziwi mnie jednak, że w innych przewodnikach tego nie było.

  8. Witam. Mam pytanko. Czy jedliscie może Państwo w Disneylandzie słodkie ziemnziemniaki? Albo zauważyła Pani może z czym były one podawane ? Ja parę lat temu raczyłam sie tam właśnie batatami, ale nie pamiętam jak je podawano. A kupiłam teraz u nas w sklepie takowe i chciałabym odtworzyć tamten zapamiętany przeze mnie smak. Bardzo proszę o pomoc.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s