[pociąg byle jaki]

Parę dni temu jechaliśmy z mym Mężem pociągiem. Było to ekscytujące doznanie i to z wielu powodów. Najpierwszy powód był taki, że chcieliśmy kupić bilety on-line, ale okazało się to być bardziej skomplikowane, niż sądziliśmy. To znaczy ja oczywiście sądziłabym, że to bardzo skomplikowane, ale szczęśliwie mam Męża, który bez stresu podchodzi do komputerów i w ogóle wszystkiego (o tym później) i na przykład dzięki temu doskonale radzi sobie z dokonywaniem różnych operacji przez internet i potrafi nawet z telefonu zrobić sobie błyskawiczny przelew stojąc przy kasie i nie brakuje mu kasy na zakupy, jak już je ma w koszyku. A ja w takich sytuacjach mogę najwyżej sprawdzić, czy mam gotówkę (lub wysłać Mężowi rozpaczliwą wiadomość, żeby mi zrobił przelew). (Żeby nie wyjść na totalną sierotę dodam jedynie, że w praktyce też radzę sobie z moim kontem internetowym i umiem zrobić przelew, ale jednak zawsze napawa mnie to pewnym przerażeniem). No, więc Mąż chcąc kupić bilety bez stania w kolejce do kasy zamówił je przez internet i nawet za nie zapłacił. Tymczasem już po kilku minutach internetowy system rezerwacji biletów przywrócił nas do rzeczywistości, wszak rzeczywistość jest taka, że tego typu nowoczesności mało kiedy działają tak, jak tego po nich oczekujemy. Albowiem system stwierdził, że nie dociera do niego przelew naszych jakże drogocennych pieniędzy i jeśli nie dotrze wciągu pół godziny to jednak będziemy musieli udać się do kasy. Oczywiście po pół godziny przelew nie dotarł, transakcja została anulowana, a nasze pieniądze – jak nas komputer poinformował – miały nam zostać „automatycznie” zwrócone w terminie do trzech dni roboczych. Co jest w istocie szalenie automatyczne. Zwłaszcza, że tymczasem jednak jedna porcyjka pieniędzy poszła, a biletów ani widu, ani słychu i jeszcze trzeba w trybie pilnym jechać na dworzec. Na dworcu biletomaty podawały sprzeczne informacje, postanowiliśmy więc nie ryzykować bezowocnego wydawania kolejnej porcji pieniędzy i mój dzielny Mąż pobiegł do kasy. A kto był kiedyś na dworcu centralnym w Warszawie, ten zapewne zdaje sobie sprawę, że zakupienie biletu na pociąg, który odjeżdża za pięć minut mija się z celem, bo kupisz bilet, a pociąg odjedzie. Nie pomogło nawet to, że postanowiłam – co mi się nie zdarza właściwie nigdy – skorzystać z mego uprzywilejowania i podeszłam do kasy oznaczonej jako honorująca przywileje niepełnosprawnych i głuchoniemych (do których się wprawdzie nie zaliczam, ale nie zaliczali się do nich chyba tym bardziej państwo okupujący okienko przede mną, którzy bardzo długo szukali pieniędzy). Kiedy zbliżyliśmy się do okienka nasz pociąg został właśnie ogłoszony jako odjeżdżający, a ja w odruchu gonienia go odeszłam już dwa kroki od kasy. Pani kasjerka ofuknęła więc mojego Męża, że się wpycha do nieodpowiedniej kolejki. I bardzo dobrze, bo mielibyśmy bilet a pociągu nie. Tymczasem na ile pozwalają mi warunki pobiegliśmy na peron. Zbiegaliśmy nawet nieruchomymi schodami, patrząc jak nasz pociąg odjeżdża. I wtedy stało się coś niebywałego. Mianowicie pan konduktor, stojący w drzwiach przedostatniego wagonu zauważył nas zbiegających i choć pociąg był już w ruchu, ten przemiły pan machnął do kogoś innego i pociąg się zatrzymał. I wsiedliśmy. Było to o tyle niebywałe, że nieczęsto się zdarza, aby jakiekolwiek pojazdy komunikacji zbiorowej zatrzymywały się w oczekiwaniu na biegnących pasażerów (częściej odjeżdżają, choć pasażer zdąży nie tylko podbiec, ale i kilkakrotnie nacisnąć przycisk otwierania drzwi). A już w życiu nie zdarzyło mi się, aby zatrzymano dla mnie pociąg. Moja wiara w ludzi przeskoczyła na następny lewel. Następnie zaś znaleźliśmy sobie przedział i po pięciu minutach zorientowaliśmy się, że zamiast w stronę dworca zachodniego, zmierzamy prościutko na dworzec wschodni, czyli w zupełnie przeciwnym kierunku.

Gdybym była w tym pociągu sama to zapewne wysiadłabym na pierwszym przystanku, czyli na wschodnim właśnie, zanim jeszcze kupiłabym bilet, a zwłaszcza zanim pociąg powiózłby mnie w nieznanym kierunku. Ale szczęśliwie byłam z mym Mężem i jego smartfonem (którego szczerze nie znoszę, ale czasem się przydaje, niech już będzie). I dzięki kooperacji Męża i smartfona szybko uspokoiliśmy się, że pociąg jedzie tam, gdzie powinien, z tym że jakąś inną niż znana nam dotychczas trasą (trochę jakby okrężną, ale ja tam nie wiem, w sumie czas podróży nie różnił się wiele). A dzięki karteczce od miłego pana konduktora, informującej, że zgłoszono brak biletu nie zabuliliśmy nawet żadnego mandatu ani chyba jakiejś specjalnej nadwyżki, choć dwa bilety i tak były osłabiająco wręcz drogie. Nie wiem czy mi to rekompensuje nawet fakt, że pociąg jakościowo był niemal całkiem europejski, miał działające światło, był czysty, schludny i – mimo drugiej klasy – miał sześcioosobowy przedział, a co więcej posiadał bajer w postaci gniazdek przy każdym siedzeniu i mogliśmy sobie pokorzystać z laptopa w czasie jazdy. Po dojechaniu na miejsce zaś okazało się, że leje, co mi przypomniało poprzedni chyba i jedyny, też chyba, raz, kiedy przyjeżdżałam pociągiem, tam, gdzie teraz. I było to szalenie sentymentalne. I nawet romantyczne, choć zapewne odczuwałabym romantyzm daleko bardziej intensywnie, gdyby mi go nie zagłuszały inne odczucia, głównie cholerne zimo, bo akurat ten lejący deszcz był początkiem ochłodzenia, a ja byłam w bardzo plażowej sukience, gdyż jeszcze kilka godzin wcześniej panowały upały i okazało się, że zapomniałam spakować w ramach naszego mikroskopijnego bagażu mojego sweterka.

Z innych rzeczy, których nie boi się mój Mąż, a których ja się boję lub przynajmniej odczuwam w związku z nimi pewien stres, należało by wymienić jeszcze wydawanie pieniędzy. Mój Mąż ogólnie został w naszej rodzinie osobą zarządzającą finansami, właśnie dlatego, że mnie to zanadto stresuje. Idzie mu całkiem nieźle, przynajmniej o tyle, że gdybym ja miała decydować o zakupach wartości powyżej stu złotych zapewne nigdy nie kupilibyśmy nic takiego. Mąż zaś ostatnio poczynia coraz śmielsze zakupy, rzekłabym, i jest to z pewnością spowodowane tym, że jest mężczyzną. Choć może nie emanuje testosteronem na lewo i prawo, i jego koleżanki wcale się go nie boją, ani nawet nie zawstydzają się odpowiednio, gdy je komplemenutuje, a ja wcale nie jestem zazdrosna i razem z nim komentuję panie na ulicach stolicy, które wszakże niekiedy ubierają się bardzo nieskromnie, tak że im na przykład widać bieliznę. Ale za to kupił sobie dziś wiertarko-wkrętarkę, aby powiesić półkę na książki dla naszych dzieci, bo zaprzyjaźniony majster, dysponujący sprzętem wszelakim jest zbyt zajęty i Mąż postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Dokonuje też znacząco droższych zakupów, takich, na jakie ja bym się zapewne nigdy nie odważyła. A gdybym mogła, to i jego odwiodłabym od tych zakupów, choć są one w stu procentach uzasadnione i niedokonywanie ich byłoby głupotą. I choć pieniądze się rozchodzą w wakacje w tempie nadmiernym, to jednak mój dzielny Mąż zawsze ma na czekoladę i ciasteczka dla swej żony, aby żona czuła się rozpieszczona i bezpieczna.

Zaś wiercenie w ścianach i próby samodzielnego zamocowania półki są kolejną rzeczą, na którą ja nigdy bym się nie odważyła, bo przecież nigdy jeszcze tego nie robiłam i nie wiem jak to się robi, a ściany są wszak świętością i nie wolno ich zniszczyć. Mój Mąż natomiast wiercił dziś pół popołudnia. Skutek nie jest jeszcze dopracowany, ale jest nadzieja, że po upływie ciszy nocnej wiercenie zostanie dokończone i będziemy mogli sfinalizować przeróbkowanie pokoju naszych starszych potworków. Gdyż jesteśmy właśnie w końcówce drugiego wyjazdu potworków do babci (a właściwie w chwili obecnej to wręcz na drugi koniec Polski, do kuzynki), a plany mamy dalekosiężne i chcielibyśmy ogarnąć jeszcze resztę mieszkania. Idzie nam opornie, ale i tak poczyniliśmy znaczące postępy, zwłaszcza w robieniu mnóstwa rzeczy, których zazwyczaj nie robimy (na przykład w gruntownym odkurzaniu, takim z odsuwaniem mebli). I choć ja oczyma wyobraźni bardzo wyraźnie widzę już, że za chwilę wrzesień, a ta wizja mnie w dużym stopniu martwi, to jednak wakacje te mogę uznać za dość aktywne jak na nas i całkiem przez to udane. Cele, których nie udało mi się póki co osiągnąć, przełożę sobie po prostu na później, wszak może jeszcze uda mi się kupić maliny i zrobić syrop, a na grzyby pora będzie sprzyjająca jeszcze przez dłuższy czas. Cel, który prawdopodobnie będę musiała odłożyć na w ogóle później to niestety moje zamierzone studia, gdyż z natłoku wydatków nie mamy za bardzo z czego opłacić czesnego za pierwszy semestr :(. A tak dalekosiężnego rozpieszczania żony niekiedy nawet mój Mąż nie jest w stanie dokonać…

Reklamy

One thought on “[pociąg byle jaki]

  1. Mój Mąż też kiedyś wywiercił dziury i zrobił półkę mojego projektu. A wczoraj poszłam w chuście na pocztę i mnie przepuścili bez kolejki! To pierwszy raz jak sięga pamięć…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s