[stay]

Nie jest to dobry początek, ale prawda jest taka, że mam jakąś dziką depresję poporodową, szalejącą bardziej, niż mi się to do tej pory zdarzało. Co jest oczywiście beznadziejne, ale naprawdę ciężko mi na to cokolwiek poradzić. Chyba więc rodzenie na początku 38. tygodnia ciąży nie jest dobrym pomysłem. Co mnie nie dziwi, bo wiedziałam o tym od początku i dla odmiany wcale tego nie planowałam (co nie znaczy, że taka wizja nie przemknęła mi przez głowę, w związku z przewidywaniami pani doktor – która mnie badała i wiedziała, jak się sprawy mają, w przeciwieństwie do doktorka Abudabi, który mnie nie badał i wyznaczył mi wizytę na 2. września, i na tej wizycie chciał mi dopiero dawać skierowanie na badania wymagane do porodu… może powinnam być wredna i upublicznić nazwisko tego pana, żeby było wiadomo u kogo nie prowadzić ciąży). W każdym razie fakt, że nie byłam mentalnie przygotowana na to, że mam rodzić wpłynął na moje niezbyt pozytywne nastawienie do całości. Nie oznacza to, że coś było nie tak. Ale jednak niemrawo rozkręcający się poród, wracanie od teściów o 7 rano i to niestety z przeczuciem, że to na marne, a potem siedzenie przez kilka godzin w izbie przyjęć, z padającym deszczem w tle było jakieś takie dołujące. A w ogóle to nie zdążyłam posprzątać, uprać ciuchów dla malucha, spakować torby do szpitala i uszyć kocyka (!). No lipa jak się patrzy.

Mimo tego urodziłam i cieszę się, bo w tego typu zawirowaniach zwykłam dopatrywać się tej części mapy*, której nie widzę i się nie spodziewam. I mimo że ogólnie wszystko jest w najlepszym porządku, a ja nie mam brzydkich objawów, jak na przykład niechęć zajmowania się dzieckiem, to jednak mam jakiś paskudny dołek, z którego mój dzielny Mąż musi mnie regularnie ratować.

Odczuwalność dokonujących się zmian w życiu wyleciała tak czy siak ponad poziomy. Jeździmy nowym samochodem, mamy trójkę dzieci, za miesiąc najprawdopodobniej zacznę studia. Jednocześnie mamy rok w zawieszeniu, w oczekiwaniu na przeprowadzkę w bardziej korzystne rejony (jeśli dobrze pójdzie). A to, co do tej pory było pewną stałą w naszym życiu małżeńskim najpewniej ma przed sobą ostatni rok dogorywania (że tak brzydko to określę). Ludzie się wykruszają, a ja nie lubię zmian personalnych, zwłaszcza, że nie należę do osób nawiązujących nowe kontakty z łatwością i perspektywa znajdowania sobie nowych znajomych zupełnie mnie nie cieszy.

Ale kocyk uszyłam. Jest przemięciutki, gdyż ma nie tylko spód z minky a wierzch z cudownej flanelki, ale także grubszy i bardzo puszysty wkład. Niestety jest też uszyty tak nieumiejętnie, że nawet ja która nie umiem szyć nie jestem w stanie tego zdzierżyć, ale nie będę go już przerabiać. Gdyż jakkolwiek byłby brzydki, to jest to kocyk do użytku mojego dziecka i włożyłam w niego tyle miłości, że barbarzyństwem byłoby doprowadzanie go do perfekcji, jakby to był jakiś anonimowy kocyk na sprzedaż.

Dwa dni temu miałam poważny plan zakończenia pisania bloga i kryzys ten nie został bynajmniej zażegnany na dobre. Ale póki co Mąż przekonał mnie, że byłaby to nieodżałowana strata w naszym życiu, wykraczająca poza negatywne skutki i wszystkie wredne ukryte czytelniczki, wścibskie koleżanki z liceum, które poprawiają sobie humor śledząc życie zmarnowanego talentu i przekonując się, że mam jeszcze gorzej, niż gdybym była kierowcą autobusu** oraz innych hejterów i złoczyńców, od których roi się w internecie. W gruncie rzeczy spróbuję myśleć, że czytają mnie tylko trzy… no góra z sześć osób i już. Nie wiem tylko jak długo jeszcze pożyję z moją zrypaną psychiką, która nie pozwala mi nawet udzielać się na fejsie i wypisywać dziesięciu książek, które zapadły mi w pamięć, gdyż są to zbyt głupie książki i wyszłoby że jestem jeszcze bardziej beznadziejna, niż to widać na pierwszy rzut oka.

 

* chodzi o moją prywatną teorię na to, co rządzi życiem człowieka, a jakby to przełożyć na bardziej mądrze, czy źródło kontroli znajduje się wewnątrz czy na zewnątrz; był to temat mojego pierwszego wypracowania w liceum, które spowodowało, że zostałam zmarnowanym talentem; teoria moja jest taka, że mamy wolną wolę i możemy wybierać drogę, ale nie mamy mapy i w gruncie rzeczy nie wiemy do końca dokąd zmierzamy, jak również brak nam informacji o przeszkodach na drodze, co powoduje, że niekiedy wkrada nam się ingerencja z zewnątrz, od podmiotu posiadającego naszą mapę

** taką przyszłość wróżyła mi moja wychowawczyni, na podstawie tego, że siedziałam w ostatniej ławce i wciskałam się w ścianę

Reklamy

4 thoughts on “[stay]

  1. o, jak dużo mogłabym skomentować, ale ograniczę się tylko do zaskoczku, bo myślałam, że poród został zaplanowany na tak dogodne warunki jak niedziela i zaopiekowane dzieci. I pisz a nawet częściej, bo to zawsze raźno sobie w nocy przeczytać.

  2. W pewnym sensie była taka nadzieja, że się dziecko urodzi w wakacje, bo dla pomocnych dziadków bez znaczenia było, czy to świątek, czy piątek, wszak i tak wolne. Ale z drugiej strony nie czuliśmy tego, że to już właściwie koniec wakacji i że trzeba niedługo rodzić. Czyli poniekąd były nadzieje i plany, a z drugiej strony chciałoby się jeszcze odczekać… No i z tą niedzielą też była nadzieja, bo dwoje dzieci mamy niedzielnych. Ale trzecie przeszło na poniedziałek ;).

    A komentarz możesz napisać dłuższy, bo też lubimy czytać motywujące komentarze :).

  3. Ja Cię lubię czytać, bo lubię konfrontować Wasze plany (o których mówiliśmy podczas pewnych kolonii i potem przy okazji nielicznych spotkań okołokolonijnych) z tym, co jest, czyli konsekwentnym przyjmowaniem kolejnych dzieci :-)
    Poza tym lubię Cię też czytać, bo się nie mądrzysz, pokazujesz ludzką stronę macierzyństwa (gdzie dzieci się kocha, ale można się przyznać, że się jest zmęczonym).
    I aż mi przykro, że tak dzielna kobietka ma o sobie tak niskie mniemanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s