[aktualizacja bloga]

Jesień nad naszym skrawkiem Warszawy zapanowała już tak na dobre, że wygląda, jakby się nigdy nie miała wynieść. Jest ciemno nawet w środku dnia, chmury wiszą nad dachami naszych osiedlowych wieżowców i prawie nikt nie spaceruje nad pobliską rzeczką, którą widzę z okna kuchni (dzięki czemu nie mam aż tak silnych wyrzutów sumienia, że ja też nie wyprowadzam dzieci na spacer). Tymczasem w czeluściach naszego mieszkanka (które zawsze jest pogrążone raczej w przyjemnym półmroku, bo ma wszystkie okna od zachodu, a przy takich ciemnościach w ogóle pozostaje nam tylko ratowanie się sztucznym światłem), wszystko toczy się swoim zwykłym rytmem. Czyli ogólnie jest nudno i co dzień dzieje się to samo, ale niekiedy następuje nagły zwrot akcji i nagle wszystko zaczyna pędzić na łeb na szyję.
W miarę, jak przybywa nam dzieci, robi się coraz weselej i bardziej bezproblemowo. Choć oczywiście na pierwszy rzut oka jest gorzej – bo nagle zamiast dwojga mam troje dzieci do oporządzenia. Więc jedno prosi, żeby mu podać malowankę z wysokiej półki regału, w tym czasie to trzecie wyje już wniebogłosy i trzeba do niego natychmiast biec, a tu już pora na obiad, a obiadu nie ma i nagle okazuje się, że środkowe dziecko wyprodukowało coś zaskakującego, co – zależnie od okoliczności – może być kałużą na podłodze lub portretem tatusia na ścianie. Ale! Wszystkie te rzeczy sprawiają jakoś mniej kłopotu. Problemy wychowawcze z którymś z trojga dzieci są mniej dotkliwe, niż były z którymś z dwojga, choć to wciąż te same dzieci, ale perspektywa szersza. Przyszły, to pójdą, a potem będą następne i tak przez najbliższe 20 lat. Na przykład: dziś mój pracowity Mąż miał radę szkoleniową, a potem pognał na zakupy, co sprawiło, że siedziałam calutki dzień sama z dziećmi. Gap nie poszedł do przedszkola, bo Natka miała wczoraj lekkie problemy zdrowotne i nie było pewności, czy dziś będzie się czuła na tyle dobrze, żeby ciągnąć ją do przedszkola po odbiór starszego brata. Chcąc wykorzystać to, że mam cały dzień ze wszystkimi dziećmi, postanowiłam rozpocząć przygotowania do świąt i wyprodukować pierniczki. Tymczasem Piotr zrezygnował dziś ze swojej zwyczajowej południowej drzemki, która niekiedy trwa nawet trzy godziny i można w tym czasie robić, co dusza zapragnie, a więc piec pierniczki też. Skoro jednak drzemki nie ma, to pieczenie nie jest takie proste, zwłaszcza, że dzieć najmłodszy jest mało szczęśliwy i nie chce po prostu leżeć i kontemplować domowej rzeczywistości. Wyrabianie ciasta jedną ręką okazało się mało wykonalne, więc koniec końców piekłam pierniczki z dzieckiem w chuście. Taki gorący ciężarek przytroczony z przodu powoduje, że prace kuchenne są jakiś milion razy bardziej wyczerpujące niż normalnie. Więc co prawda mamy pierniczki (choć jakieś średnio udane, nie wiem czemu), ale matka przypłaciła to bólem głowy ze zmęczenia. Nic to jednak, grunt, że zrobiliśmy coś fajnego. W konsekwencji pierniczków nie było też pełnowartościowego obiadu, to znaczy zupa zjadła się tak nieprzyzwoicie późno, że na drugie danie brakło czasu. Nikt jednak nie protestował. Dotarliśmy spokojnie do wieczora, a kładzenie spać, które zawsze jest dość trudnym momentem dnia, bo trzeba wykonać dużo ważnych czynności w krótkim czasie, a wszyscy są już zmęczeni, przebiegło stosunkowo sprawnie, mimo że dzieć najmłodszy nie spał tylko marudził i potrzebował rozweselania. Niejednokrotnie miewałam już wieczory, kiedy po całym dniu musiałam własnoręcznie położyć spać dwoje dzieci i może było to obiektywnie łatwiejsze, ale przysparzało mi więcej nerwów. Tak to zabawnie działa, że im mniej jesteś w stanie zrobić, tym mniejsze masz wymagania, a więcej wychodzi.

Wczoraj za to mieliśmy dzień zgoła niezwykły, bo nawiedziła nas z wizytą patronażową pielęgniarka środowiskowa. Zadzwoniła rano (subiektywnie, była 11.30) i zapytała, o której może wpaść. Byłam tak zdumiona, że nie zapytałam nawet czy ma to może jakiś związek ze zbliżającą się drugą turą wyborów samorządowych (i czyj wizerunek próbuje pani poprawić). Ale z czymś musi to mieć związek, bo na trójkę naszych dzieci pielęgniarkę środowiskową ujrzałam w naszych progach pierwszy raz. Dla ścisłości dodam, że raz, w czasach pierwszego dziecka, widział ją również mój Mąż. Ja wówczas karmiłam, więc pani pielęgniarka środowiskowa nie przeszkadzała nam – matce i dziecku – zadowalając się obejrzeniem ojca. W każdym razie po telefonie od pani pielęgniarki mój dzień zmienił się w maraton błyskawicznego sprzątania (nigdy jeszcze nie dałam rady robić tego w takim tempie), ale efekt był wystarczający i chyba nie dostaniemy póki co nadzoru opieki społecznej.

W ciągu tego miesiąca, kiedy milczałam, przeżyliśmy tyle plag egipskich, że do tej pory mi się to śni po nocach. Został tylko katar u najmłodszego syna, który, choć jest denerwujący, bo nie mija i nasuwa mi zatrważające wizje zapalenia płuc u trzymiesięcznego niemowlaka, jest jednak przynajmniej mało ohydny. Mimo to wszystkie kataklizmy udało nam się przetrwać. Momentami czułam się, jakbyśmy właśnie zostali ostatnimi przedstawicielami ludzkości, którzy cało wyszli z ataku zombi, w co idealnie wpisywał się nasz samochód – również wyglądał tak, jakbyśmy właśnie wrócili z wielomiesięcznej tułaczki po bezdrożach, bagnach i w międzyczasie rozjechali kilkudziesięciu zombiaków. Ja czuję się już mniej wyalienowana (choć moje wyrzuty sumienia z powodu tego, że moje dzieci za mało spacerują wciąż żyją), ale samochód nie wygląda o wiele lepiej, choć zmusiłam Męża, żeby zaprowadził go do myjni. Myjnia nie poradziła. Trzeba nam starodawnych, nieekologicznych metod, to jest działki, szlaucha i gąbki.

W każdym razie nasza skromna gromadka w wielkim mieście trwa nieugięcie. Ale pisać częściej raczej nie będę. Zmęczenie skutecznie zabija mi wenę. Cytrynna zresztą też milczy, więc nie mam motywacji. A przy dzieciach łatwiej mi uskuteczniać inne rozwijające czynności, na przykład dużo czytam. Piszę tylko dlatego, że kocham mojego Męża. Naprawdę.

Reklamy

9 thoughts on “[aktualizacja bloga]

  1. W sumie najważniejszy we wpisie jest ostatni akapit. Na miejscu PT Męża byłbym szalenie dumny i chodził, jak paw.

  2. Cytrynna to nie ma nawet o czym pisać. Przecież nie będzie wrzucać na bloga fotek swojej nowej, skądinąd bardzo ładnej łazienki. I też dużo czyta, na przykład dwa razy to samo- raz sobie, potem reszcie na głos. Cytrynna jest też matką Ursusa, który jeśli śpi w dzień, to trwato max. 20 minut.

  3. Ależ, Cytrynno, ja rozumiem Twe zajęcie, ale nowa łazienka to jest coś, o czym jak najbardziej warto napisać. Co to ma być, żebym ja się musiała z półsłówek domyślać, że Ty masz nową łazienkę? (I gdzie ją masz?)

  4. No i masz, napisałam wszystko o nowej łazience i nawet candy zrobiłam a tu żaden odzew. Ty to masz chociaz tych trzech stałych czytelników.

  5. Sory ale nie rozumiem tego dzieciowego bumm, gdzie tu rozwój swojej osoby, jak poświęci każdemu taką samą uwagę , a jak zabrać całość na wakacje- niestety ale dla mnie to kosmos i nie wiem czy wart takiego zachodu ( chociaż zawsze się mówi że dzieci warte – bo wart – jednak nie jestem w stanie oddać się tak jak ty mam inne priorytety) Lubie czytać twojego bloga jednak po mimo wszystko współczuję ..

  6. Już wyjaśniam.
    Rozwój swojej osoby jest w wielu miejscach, na przykład zaczęłam studia podyplomowe, przez które czuję się niemiłosiernie rozwijana, dużo czytam (i wybieram coraz bardziej wartościowe lektury!), szyję, ostatnio ćwiczę (!), rozwijam sobie też zupełnie poboczne zainteresowania, jak na przykład gotowanie i ogrodnictwo (chwilowo tylko teoretycznie). I wszystkie te szalenie rozwojowe rzeczy są bardzo, ale to bardzo ściśle związane z tym, że mam dzieci. Na przykład: na studia poszłam po to, żeby wyjść z domu i zająć mózg dorosłymi sprawami – gdybym nie miała dzieci zapewne nie zrodziłaby się we mnie ta potrzeba – a także po to, żeby móc w przyszłości dołożyć się do zarabiania na dużą rodzinę (może jakbyśmy mieli mniejszą to mój Mąż mógłby ją sam utrzymać bez problemu i wówczas ja straciłabym okazję do rozwijania się). Czytam w czasie, kiedy karmię najmłodsze dziecko, więc jest to również rozwój spowodowany przez dzieci. Szyję dla dzieci. Ćwiczę, żeby przywrócić mój brzuch do stanu sprzed ciąż. Gotuję dla dzieci (choć zapewne to słaby przykład, bo nawet jako osoba samotna nie głodowałabym chyba). Plany posiadania ogrodu ściśle wiążą się z potrzebą zapewnienia dzieciom lepszego środowiska do wzrastania.
    Jak widać – gdyby nie moje dzieci najpewniej nie rozwijałabym się wcale. A całkiem serio to polecam dzieci jako motywację do rozwoju osobistego i zapewniam, że nie tylko ja odczuwam tę motywację w moim życiu, ale wiele innych matek (a chyba zwłaszcza wielodzietnych!) również.
    Jak poświęcić każdemu taką samą uwagę? Też się nad tym zastanawiam i niekiedy dochodzę do wniosku, że się nie da, nad czym ubolewam. Ale myślę, że trzeba wziąć pod uwagę to, że na rozwój dzieci wpływają bardzo różne czynniki. I, jak sądzę, posiadanie rodzeństwa również silnie rozwija moje dzieci. Szczerze mówiąc odnoszę wręcz wrażenie, że w licznych rodzinach, o ile funkcjonują one prawidłowo, dzieci wychowują się znacznie lepiej, niż gdyby były jedynakami.
    Jak zabrać całość na wakacje? Zdecydowanie trzeba mieć duży samochód (chyba, że ktoś preferuje inne środki transportu). Szczęśliwie mój Mąż o taki zadbał. Poza tym nie jest to jakieś koszmarnie skomplikowane.
    Rozumiem inne priorytety, ale współczucie proponuję przenieść na ludzi, których dotykają jakieś nieszczęścia :).

  7. Wiem ż eto nie jest nie szczęście ale wielkie szczęście posiadania gromady dzieciów. Jednak ja robię to co ty bez potrzeby dzieci – mam motywację w samej sobie , lub inne czynniki działają na to że muszę zorganizować ogród np. chęć posiadania traw wysokich , paru drzew zasłaniających mnie od sąsiada, na pewno dwuch drzew żeby muc hamak powiesić itp., że od zawsze dbam sama o swoje finanse, mąż ma swoje ja swoje ( choć jak coś rozliczamy to wspólnie – nie potrafiła bym nie posiadać zabezpieczenia finansowego), że studia skończyłam dla siebie i nie po to żeby od czegoś uciekać a po to żeby się czegoś dowiedzieć ( choć w sumie jak patrzę teraz to mało się dowiedziałam ale papier jest – i może to źle zabrzmiało – ale to trochę ucieczka z domu w świat dorosłych jak sama to określiłaś). Jedynę czego współczuję – albo przepraszam to nie jest współczucie tylko ja nie widzę żeby nie wybyć po całym roku za granicę na wakacje lub na dłuższy pobyt z gromadką dzieci, nie mówię że jest to nie możliwe tylko jeśli można łatwiej to po co utrudniać:)

  8. Kwestia priorytetów. Mam mieć mniej dzieci, żeby mi było łatwiej jeździć na zagraniczne wakacje? Hm, przepraszam, ale nie skomentuję tego.
    Chciałabym jeszcze tylko nadmienić, że pisząc o tym, że do rozpoczęcia studiów zmobilizowała mnie chęć „ucieczki” z domu, raczej trochę ironizowałam. Osoby znające mnie nieco lepiej mogą chyba dość łatwo zorientować się, że po prostu realizuję różne swoje marzenia. A przy okazji mam to szczęście, że wiedziałam od początku, że dzieci mi w tym nie będą przeszkadzać. Bo ogólnie jestem zwolenniczką teorii, że nie ma co się ograniczać, że albo dzieci, albo samorealizacja (powiedzmy, że coś takiego istnieje…). Ja mam jedno i drugie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s