[szantażyk emocjonalny]

Piszę tylko dlatego, że Mąż mnie zmusza. Chodzi za mną (kiedy ma okazję) i mendzi, żebym coś napisała (ojej, tutejszy słownik twierdzi, że zna takie słowo jak „mendzi” oraz że zapisałam je poprawnie). Ale będę złośliwa i wcale nie napiszę dużo. A przyczyny mego niepisania są takie, że przeżywam napadające mnie okresowo zniechęcenie do społeczeństwa, a co za tym idzie do tego, aby się z tym społeczeństwem dzielić moim życiem. Szczerze mówiąc z każdym nawrotem tego kryzysu mam coraz większą pewność, że w końcu przyjdzie pora na zamknięcie bloga. Gdyż konwencja bloga parentingowego nie wchodzi w grę (nie byłabym w stanie tyle się wymądrzać).

Jedyne, co jestem w stanie Ci zaoferować, Mężu, to punkcikowe odnotowanie wydarzeń z ubiegłego miesiąca, a i tu nie obiecuję, że wykażę się wielką dokładnością. A zatem od 9. maja:

  • miałam imieniny i dostałam prezent, który okazał się niezwykle trafiony i przydatny, a mianowicie sprzęt grający jakości lepszej niż to, co mieliśmy dotychczas; jest to o tyle warte odnotowania, że ów prezent znacząco powiększył repertuar moich możliwych aktywności wieczornych, a mianowicie mogę teraz słuchać po nocach radia (w jakości wystarczającej, aby nie było to frustrujące), a to z kolei znacząco poprawia jakość mego życia
  • w związku z tym, że mogę sobie słuchać radia, spędziłam kilka niezwykle satysfakcjonujących wieczorów na szyciu; jest to zdecydowanie epokowe wydarzenie, gdyż właściwie jest to moje pierwsze poważne szycie i tym samym poczułam coś w rodzaju odrobiny samorealizacji; bezpośrednim motywatorem była oczywiście Cytrynna, której to wysłany został pierwszy mój poważny wytwór z przystawką; od tamtego czasu powstały jeszcze dwa kocyki, jeden w liski, dla naszego Syna, a drugi w babuszki, dla naszej Córki – oba zostały przyjęte w miarę entuzjastycznie i są w ciągłym użyciu
  • nasz Syn skończył pięć lat, co zostało odpowiednio 054zaświętowane oczywiście, ze specjalnym udziałem dziwadełkowego tortu w polewie (nie kremie, podkreślam) truskawkowej, wykonanego przez mojego Męża i jego Teściową (gdyż ja chwilowo zaniemogłam)
  • przeżywamy kolejny okres, kiedy nie jest tak pięknie, jak bywało i borykamy się z problemami wychowawczymi, co jest bardzo frustrujące; jednocześnie jednak Córka przeżywa rozkwit słownictwa i ogólnie wszystkiego – codziennie kilka razy uracza nas czymś, co prawdopodobnie jest rodzajem żarciku, choć nie wiemy, co miałby on oznaczać, a żarcik brzmi: „wies co?” „co?” „kupili jajko!”; potrafi także posyłać rozbrajające spojrzenia, przechylając główkę i robiąc minę księżniczki i pyta „co to znaczy mmmm?” (bo mama chwilę wcześniej odpowiedziała „mmmm” na jej pytanie (gdyż myła zęby)); bywa nadal księżniczką, aczkolwiek również zdarza jej się być żółwikiem, a nawet pierogiem; nie lubi, kiedy mama jest smokiem, lwem lub niedźwiedziem, za to aprobuje bycie dżdżowniczką; wszystkie owady są komarami i są złowrogie (gdyż ją kilkakrotnie dotkliwie podziabały); zna też wszechświat w stopniu zadziwiającym, na przykład ostatnio na spacerze zawołała mnie, abym zobaczyła „mecha” – obiekt ten okazał się być mchem i oboje z Mężem jesteśmy zadziwieni, że ona wie, co to jest, jak wygląda i jak się nazywa, gdyż raczej nikt z nas jej tego nie mówił, a nie przypuszczamy, aby wiedza na temat mchu była czymś wrodzonym; zaś sąsiadom przedstawia się jako Natalka i twierdzi, że ma dziewięć lat
  • ponadto spotkała nas smutna okoliczność, a mianowicie nasz Królik odszedł do 270krainy wiecznych łowów (w trybie dość szybkim, ale naturalnym i z naszą świadomością, więc obyło się bez najgorszego przewidywanego przeze mnie scenariusza); Królowa nasza spędziła z nami grubo ponad sześć lat i mamy nadzieję, że była choć trochę szczęśliwa w tych okolicznościach
  • minęło nam również siedem lat, odkąd jesteśmy z moim Mężem razem; przybyło nam dzieci i kilogramów, zaś ubyło włosów i romantyzmu (wszystko to, prócz dzieci, odnosi się bardziej do mojego Męża niż do mnie; mimo to jestem szczęśliwsza i psychicznie zdrowsza niż byłam siedem lat temu, a moja uszczypliwość wynika jedynie z tego, że nie potrafię obiektywnie stwierdzić, czego ubyło, a czego przybyło mnie)
  • przypadkiem zapisałam się na studia podyplomowe, które co prawda chciałam zrobić, ale jestem prawie pewna, że zrezygnuję z tego zamiaru pod wpływem naporu niekorzystnych warunków środowiskowych, które chwilowo wydają mi się nie do pokonania
  • moja wątroba trzyma się dzielnie, co mnie cieszy niezmiernie
  • jeszcze tylko jutro i zaczniemy wakacje (przynajmniej w miarę, bo to jeszcze zależy od mojego Męża i jego studiów).
Reklamy

[klęska urodzaju]

Nie taki powinien być tytuł, gdyż zasadniczo chodzi mi bardziej o urodzaj klęsk, aniżeli o klęskę urodzaju. Ale jakoś mi to nie brzmi. (Podobnie jak pani Gessler, pytająca właśnie w telewizorze: „a dlaczego to jest przepołowione przez połowę?”; prawdopodobnie powinno być przepołowione przez jedną trzecią).

Zło dnia dzisiejszego polega na tym, że za dużo mi się zwala na głowę, jedno za drugim i w takiej sytuacji padają mi bezpieczniki i na przykład jak Mąż wraca z pracy to musi mnie w trybie pilnym ratować, bo ja tylko siedzę i płaczę. Takie padnięcie bezpieczników nie zdarza mi się zbyt często, gdyż zazwyczaj ratuję się sama, ale czasem Mąż wraca akurat w momencie, kiedy nie zdążę się jeszcze uratować.

Naczelne zło to ogólnie to, że nadchodzi weekend. Paradoksalnie, choć weekend powinien być wielkim dobrem, dla mnie czasem nie bywa. Dzieje się to wtedy, gdy Mąż akurat ma zjazd. To oznacza dla nas dwa tygodnie robocze pod rząd, bez żadnej przerwy, a nawet z brzydkim spotęgowaniem roboczości pośrodku. W czasie takiego weekendu siedzę w domu sama z dziećmi jeszcze bardziej niż zazwyczaj, bo zazwyczaj Mąż wraca mniej lub bardziej wieczorem (w wersji najoptymistyczniejszej, acz najrzadszej po 16, w wersji najpesymistyczniejszej na 20, na usypianie), a w roboczy weekend wraca w nocy. Choć w tym semestrze jest znacząco lepiej, bo w soboty mężowe zajęcia kończą się na tyle wcześnie, że zdąży z reguły wrócić na usypianie dzieci***. Ale to i tak sprawia, że mam więcej godzin pracy niż w zwykły dzień, a przerwy zero i jest to dla mnie niezwykle trudne do przeżycia (wiem, nie powinnam narzekać, wszak przynajmniej mam Męża, który jest w domu co dzień chociaż na chwilę). Taki nadchodzący weekend wysysa ze mnie energię niczym wampir energetyczny i sprawia, że wszystkie inne, nawet stosunkowo drobne potknięcia, rosną ze trzy rozmiary.

Dziś od rana napadają mnie zaś zła pomniejsze. Nie liczę już nawet tych zwyczajowych, jak na przykład to, że Córka mi nie chce jeść, że jest bałagan, a czasu na posprzątanie jest mniej, niżby się wydawało. Pierwsze zło pomniejsze dzisiaj to był kierowca, który bardzo brzydko przejechał przez skrzyżowanie Reymonta z Perzyńskiego, gdzie pojawiam się regularnie i przechodzę przez przejście dla pieszych. Ja otóż przechodziłam sobie legalnie na zielonym świetle, a pan (domniemany, nie sprawdzałam) skręcał z Perzyńskiego w lewo, w Aleję Reymonta. I nie ustąpił mi (oraz paru innym osobom), tylko śmignął sobie przede mną. Oczywiście jestem zapobiegawcza na tyle, że nie miał szans mnie potrącić, bo zawsze wchodzę na przejście z wielką ostrożnością, nawet jeśli mam zielone świecące już od dłuższej chwili. Wszak pcham przed sobą wózek z dzieckiem. Ale mnie zdenerwował bardzo, a parę innych osób jeszcze bardziej, bo one nie miały przed sobą wózka i nie wchodziły na jezdnię tak ostrożnie jak ja.

Drugie zło, choć akurat nie tak bardzo irytujące, to towarzystwo towarzyszące mi przez część drogi do domu, a mianowicie pani z dziećmi oraz wujkiem (?). Dzieci – dwaj chłopcy, na oko z 7-8 lat, prawdopodobnie z pewną różnicą wieku, ale ciężko stwierdzić, zresztą wolałam się nadmiernie nie przyglądać, bo kto wie, jak mogliby zareagować. Od momentu, kiedy wypadli z klatki bloku, który właśnie mijaliśmy, pragnęłam się jakoś od nich odseparować, bo byli tak głośni, biegający i na oko patologiczni (przepraszam, wiem, że to nieładnie mówić tak o ludziach, ale cóż ja poradzę, że tak było?), że czekałam tylko, kiedy zaczną nas zaczepiać lub napadać. Ich mama okazała się pasować do synów, a wujek, niewiadomego pochodzenia, dopełniał całości. Wujek palił papierosy, co mnie bardzo drażni, zwłaszcza u ludzi, którzy idą tuż przede mną, na tyle blisko, że dym leci na mnie, ale jednocześnie na tyle szybko, że nie jestem w stanie ich wyprzedzić (zwłaszcza będąc objuczona mymi dziećmi) oraz przeklinał bardzo soczyście i obficie. Mama zaprowadzała dyscyplinę poprzez ciągnięcie chłopców za ramię (nie lubię, choć rozumiem jej nerwy). Chłopcy biegali, krzyczeli i niebezpiecznie interesowali się moimi dziećmi, zwłaszcza, gdy już wspólnie czekaliśmy na autobus. Nie żebym ogólnie miała coś przeciwko dzieciom interesującym się moimi dziećmi, ale nie w wypadku, gdy to zainteresowanie polega na podbieganiu do wózka, zaglądaniu pod spód, obwąchiwaniu torby itp. W autobusie (szczęśliwie niezidentyfikowany wujek ze swoim papierosem tylko odprowadził rodzinkę na przystanek, a gdy nadjechał autobus pożegnał się i odszedł w swoją stronę) zrobiło mi się jednak bardzo przykro, ze względu na tych lekko dzikich chłopców, bo bardzo nie lubię, gdy dzieci o coś pytają, a rodzice to ignorują. Owszem, sama mam czasem kompletnie dość odpowiadania na miliony pytań, zwłaszcza, że bywają one naprawdę dziwaczne, ale jednak dzieci wychowują się znacznie lepiej, gdy się z nimi rozmawia. Mama nie zechciała powiedzieć synkowi, czy ten autobus na pewno jedzie tam, gdzie powinien. Szkoda, bo to akurat nie było bardzo trudne pytanie.

Wstępnie przytłoczona tymi przeciwnościami losu byłam już psychicznie rozmiękczona i niegotowa na odpieranie kolejnych ataków. Na przykład dzieci wyjących „mamo, Natala mnie kopnęła!” oraz „mamo, Natala ubrudziła mój rysunek!”. Lub też zmywarki, która się zepsuła. Już wczoraj miała trudności z umyciem naczyń, ale myślałam, że to może przez naszą niszczycielską Córkę, która powciskała jej różne przyciski naraz, zanim zdążyłam ją unieszkodliwić. Ale dziś miała te same problemy. A kiedy już umyła z sukcesem partię zapodanych jej naczyń i otworzyłam ją, żeby te naczynia wyjąć zidentyfikowałam bardziej złożony i przytłaczający problem, a mianowicie wodę zalegającą na dnie, co jest najczęściej zwiastunem zatkanego filtra. Ja tymczasem byłam właśnie w trakcie robienia obiadu i nie miałam czasu ratować zmywarki. Obiad był kolejnym, potężnym złem, gdyż najpierw nie wychodził (jajka sadzone, które usiłowałam zrobić pierwszy raz w życiu), a później mnie zaatakował. Na niewychodzenie na szczęście przyszedł już Mąż, który w przeciwieństwie do mnie jest wychowany z jajkami i umie je obsługiwać. Nie wyszło więc tylko jedno, a pozostałe przejął już Mąż. Ale atak odbył się już w asyście Męża. Zaatakował mnie pryskający olej i jest to moje najpoważniejsze doznane dotychczas oparzenie, które, choć nierozległe, jest jednak odczuwalne do tej pory. Kumulacja zła postępowała, bo czas był już najwyższy, bym się zbierała do lekarza, tymczasem w trakcie przygotowań do wyjścia przypomniałam sobie, że nie poprosiłam Męża o odebranie wyników badań i ich nie mam, a w związku z tym wizyta u lekarza staje się mocno bezcelowa. Byłabym ją pewnie nawet odwołała, bo po co wydawać tyle kasy jak się nawet nie ma aktualnych wyników, ale pilnie potrzebowałam recepty. Więc musiałam jechać i wydać tyle kasy.

Do wielkości zła dołożył się również Mąż, który najpierw uraczył mnie komplementem „ładnie wyglądasz”, aby za chwilę zapytać zupełnie nietaktownie „dlaczego zakładasz kolczyki do lekarza?”. Jest to wieki nietakt, ponieważ kilka dni temu wyrzucał mi, że się niedbale ubieram, a w każdym razie, mniej elegancko niż dawniej. A teraz nie rozumie mojej potrzeby wyglądania jak człowiek, a nie zombi, w jednej z niewielu sytuacji, kiedy mogę (muszę, ale w moim przypadku to zakrawa na rozrywkę) wyjść gdzieś bez dzieci, czyli bez konieczności ubierania się wygodnie, z zagwarantowaną możliwością biegania, schylania się i kucania, a nawet klękania na chodniku czy trawie. Następnie zaś dodał, że mogłabym zrobić „ciemniejszy makijaż”, co jest kolejnym nietaktem, ponieważ nie mogłabym. Nie mogę albowiem pociągnąć policzków różem, żeby nie być tak blada, bo mój ukochany róż rozwaliła mi ostatnio Córka. Większość cieni do powiek również jest zdewastowana przez Córkę. Mąż co prawda uprzejmie przypomniał mi, że mam kupon do Rossmana, ale zapomniał, że nie mam kiedy go zrealizować. Do mojego ubioru imitującego człowieczeństwo potrzebowałam przyodziać coś chroniącego od wychłodzenia, ale nie mogłam – i tu kolejne zło – bo mój ukochany zielony płaszczyk, który ostatnio został nawet skomplementowany przez kolegę ze wspólnoty, jest niedysponowany po ostatnim spacerku po starówce, na którym to spacerku jedzone były lody (głównie przez dzieci). Jedynym dostępnym ratunkiem była dla mnie kurtka udająca, że jest w stylu militarnym, którą ostatnio wygrzebali z szafy moi rodzice i oddali mi. Kurtka była przeze mnie użytkowana w czasach gimnazjum. I choć jest w stanie bardzo dobrym to nie da się jednak ukryć, że ma koło 12 lat. Pod reprezentacją kurtki niechże zarysuje się ogólny problem, a mianowicie problem mojej przepełnionej szafy. Otóż moja szafa w istocie jest przepełniona, a ja zdecydowanie należę do kobiet w typie permanentnie „nie mam co na siebie włożyć”. Albo raczej „nie mam co na siebie włożyć, bo dwa sweterki, których używam się zabrudziły”. Mam bowiem ogrom ciuchów wylewających się z szafy, przy czym tak naprawdę na co dzień noszę może 10% z nich, bo większość, jako i ta kurtka, ma już tyle lat, że – choć jest w stanie bardzo dobrym, bo ja ciuchów praktycznie nie niszczę i choć z reguły wciąż na mnie pasuje, bo mój rozmiar w większości obszarów zmienił się niewiele – wyszła z mody jakąś dekadę temu. Ale to już i tak nie najistotniejsze, skoro mój poziom zgodności z aktualnymi modami z reguły pozostaje ładnych parę miesięcy za Kasią Tusk i zanim spodobają mi się najmodniejsze w sezonie spodnie to sezon już się skończył. Chyba nie mam wielkiej potrzeby ubierania się zgodnie z gustami szafiarek*, ale z biegiem lat zaczynam dostrzegać potrzebę nieubierania się w ciuchy piętnastolatki, będąc dwudziestoparolatką. Jestem jednak w tej kwestii zbyt nieudolna (mimo to proszę nie zgłaszać mnie do najnowszego programu Goka Wana, bo nie zdzierżę przekonywania mnie przed lustrem, że mój biust jest fajowy i powinnam go pokazać telewidzom, a nie chciałabym robić czegoś bardzo niepostępowego przed kamerami**) i dlatego prawdopodobnie za kolejnych dziesięć lat obudzę się zasypana ciuchami wciąż z gimnazjum (lub też już się nie obudzę).

W każdym razie, wracając do wątku głównego, zamiast zielonego płaszczyka musiałam założyć niby-wojskową kurtkę, byłam niewystarczająco umalowana, jak na standardy mojego Męża (!), a na koniec usłyszałam jeszcze zapytanie, czemu zakładam kolczyki. Które zakładam mniej więcej raz do roku, bo po pierwsze nadal, jako i za młodu, odczuwam dogłębne zażenowanie będąc tak wystrojoną (biżuteria wykraczająca poza łańcuszek z krzyżykiem, obrączkę i pierścionek zaręczynowy jest już w moim mniemaniu „wystrojeniem”), a po drugie w genach po mamusi odziedziczyłam niemożność noszenia kolczyków. I jest to powód do wielkiego focha. Gdyż mój Mąż ostatnio powiedział mi, że się ubieram jak pensjonarka (co jest moim określeniem!). A teraz ma pretensje, że mam kolczyki! Chamstwo w państwie. I w małym stopniu mojego focha łagodzi to, że dostałam dziś podwójne kwiaty, gałązkę kasztanowca i gałązkę bzu (zapewne obie kradzione).

W drodze do lekarza cierpiałam nadal, gdyż po oparzeniu piekła mnie ręka, tramwaje jeździły niekorzystnie, a ja od dłuższego już czasu jestem pozbawiona mojej ukochanej rozrywki relaksacyjnej, czyli możliwości słuchania muzyki podczas samotnych spacerków, gdyż moja empeczujka, przeżywszy jakieś osiem lat, padła. Oczywiście, nie oszukujmy się, nie padła sama, ale mocno wspomożona przez naszą niszczycielską Córkę. Należy jej – empeczujce – oddać honor, bo po obrażeniach zadanych przez tego małego dewastatora, przezipiała jeszcze ładnych parę miesięcy, sklejona li i jedynie taśmą malarską, którą trzeba było i tak odklejać przy każdej wymianie baterii. Niniejszym przepadły dziesiątki utworów spiratowanych dla mnie jeszcze w czasach licealnych i wczesnostudyjnych przez Olka i Karola. A choćbym kiedykolwiek dorobiła się nowej empeczujki, to i tak już nigdy nie odzyskam tych spiratowanych utworów, gdyż Mąż stanowczo nigdy mi niczego nie spiratuje. A ja sama jak nie umiałam, tak nie umiem (zapewne umiałabym, ale nie będę nawet próbować).

Aby zrehabilitować mojego Męża pragnę nadmienić, że oprócz ukradzenia dla mnie kwiatów, uratował także obiad, którego dzieci i tak nie zjadły, bo wcześniej nażarły się Nutelli po kryjomu, w czasie, gdy matka usiłowała odpocząć (oczywiście dzieci uniemożliwiły matce odpoczynek, ale jednocześnie matka była tak padnięta, że nie oprzytomniała wystarczająco, aby zapobiec wyżeraniu Nutelli), uratował zmywarkę i mam nadzieję, że w najbliższym czasie nie okaże się, że unicestwił ją na amen przy okazji, zajął się dziećmi w czasie, gdy byłam u lekarza, a na poprawę nastroju pozwolił mi zamówić żarcie z głodnych, choć ja mam wyrzuty sumienia z powodu tego burżujstwa, ale on twierdzi, że mam nie mieć. Nie jestem przesadnie pocieszona, ale trochę tak. Zwłaszcza, że wczoraj kupił też serial na dvd, żebyśmy mieli coś miłego do robienia wieczorami, bo już nam się skończyła nasza ulubiona edycja Masterchefa na TLC. Ale mój dobry humor ma trudności z odrodzeniem się, gdyż zauważyłam właśnie plamkę z czekolady (pewnie dzieci jadły coś czekoladowego na podwieczorek) na moim świeżutkim sweterku (jednym z dwóch… no, trzech), który był – czysty i odprasowany – w użyciu przez około pięć godzin. A to oznacza, że pięć godzin noszenia i czeka mnie kolejne pranie (ręczne…). Zło.

*szafiarka – wedle całej mojej wiedzy powinna być kobietą zajmującą się produkcją lub naprawą i konserwacją szaf, tymczasem jest inaczej, o czym mój mózg przekonuje się z dużym oporem;

** na przykład tłumaczyć Gokowi Wanowi jaki jest mój stosunek do porozumiewania się ze swoimi piersiami pod kierunkiem osoby o odmiennych preferencjach seksualnych;

*** edit: Mąż mi właśnie uświadomił, że depresja pomieszała mi zmysły i że w sobotę wcale nie kończy wcześniej, tylko o 21 i wraca w nocy, a w niedzielę kończy owszem wcześniej, ale po zajęciach biegnie jeszcze na Mszę i w ten sposób do domu wraca też w nocy.

 

 

[only miss the sun]

tort wersja pierwsza

tort wersja pierwsza

Na blogu panuje straszliwy zastój. Chyba to dlatego, że kompletnie nie mam siły. Choć nie jestem pewna, może to być również dlatego, że za dużo mi się dzieje w życiu (albo bardziej w głowie). Miałam pisać na przykład o ambitnych urodzinach Natki. To znaczy konkretnie o tym, jak niezwykle ja się wyambitniłam, poczułam bowiem potrzebę własnoręcznego upieczenia tortu i choć naszła mnie ta potrzeba zaledwie dzień przed terminem to dokonałam wypieku. Za pierwszym razem był zaledwie w miarę udany jak na pierwszy raz, za co przepraszam Kasię i Tomka. Za drugim razem był udany znacznie bardziej, więc reszty gości nie będę przepraszać. Ale ponieważ urodziny Natki były miesiąc temu to wpis jest już delikatnie przeterminowany i ogólnie chyba rozpływanie się nad własnymi umiejętnościami byłoby w tej chwili lekko nie na miejscu.

Miałam też pisać o świętach, włącznie z prezentacją mazurka tegorocznego, który był bardzo wiosenny, jak to określił to Gabryś, ponieważ udekorowaliśmy go czekoladowymi gałązkami z migdałowymi listko-baziami (zamysł autorki nie do końca zgadzał się z efektem końcowym, nie będę się więc rozwodzić nad tym, czy bardziej były to listki, czy bazie). Ale pisanie o świętach, choć one są jeszcze mało przeterminowane, wydaje mi się mało sensowne, skoro nie pisałam nic od grubo ponad miesiąca i uzupełnienia wymagają bardziej podstawowe informacje.

tort wersja druga, wraz z jubilatką

tort wersja druga, wraz z jubilatką

A do tego, ponieważ jest pierwsza w nocy, a jutro przed nami zwykły dzień roboczy, to nie mam zasadniczo czasu na pisanie nie wiadomo ile. Uzupełniam więc podstawowe informacje: wszyscy żyjemy, a wręcz powiedziałabym, że żyjemy wciąż tak samo. Jest nam bardzo szczęśliwie i wesoło, głównie dlatego, że przyszła wiosna, dnie są długie, a temperatura wyższa i to nam znacząco wpływa na poziom endorfin. Nieustannie marzymy o tym, żeby mieć dla siebie więcej czasu (dla siebie nie indywidualnie – choć to też – ale przede wszystkim dla siebie jako rodziny). I niewiele się w tej kwestii zmienia, bo Mąż mi wciąż pracuje beznadziejnie długo, a do tego spełnia się zawodowo na innych polach i to mu zabiera czasu jeszcze więcej. Ale w miarę możliwości korzystamy. I na przykład udało nam się raz wybrać do naszego pobliskiego lasu. Wycieczka ta była najpewniej wielkim nietaktem wobec gości, których akurat mieliśmy, a do tego była bardzo łamiąca serca, gdyż okazało się, że nasz pobliski las uległ czemuś w rodzaju wycięcia w części znacznej i zamiast leśnej gęstwiny mamy teraz widok na jakieś domki. Na szczęście i tak pragniemy porzucić ten las na rzecz jakichś ogólnie bardziej dzikich terenów i zajmuje to nasze myśli w stopniu znacznym, bo po prawie siedmiu latach Warszawa nieco nam już działa na nerwy.

Osobiście jestem rozpierana wręcz nadmiarem planów i postanowień. W kwestii ich realizacji nie zmieniło się jednak właściwie nic, bo brak mi czasu i możliwości. A jeszcze bardziej brak mi odwagi i sił na próby, zwłaszcza te, które miałyby być nieudane. A najbardziej to brak mi odpowiedniego temperamentu, o czym przekonał mnie ostatnio Mąż, każąc mi sprawdzić jakie mam predyspozycje do bycia homoseksualistą. Test potwierdził dokładnie to, że nigdy w życiu nie zrealizuję żadnego z mych wspaniałych planów, gdyż za bardzo ogranicza mnie brak wiary w siebie i lęki egzystencjalne. Za to mój Mąż cieszy się, że wyszło na jego, gdyż wedle testu powinnam być uzdolniona artystycznie, o czym on mnie od lat przekonuje. Jednak manie tak rozlicznych planów na przyszłość jest przyjemne, póki co, to znaczy zanim zacznie być frustrujące.

A teraz, to znaczy na koniec, bo już dochodzi druga w nocy i powinnam dawno spać, sprawdzę czy jestem w stanie dodać jakieś smakowite foteczki do tego wpisu, żeby nie było, że rozpisuję się o ciastach i nie prezentuję.

Tak, są :).

Dobranoc :).

[refleksje na temat służby zdrowia, część kolejna]

Nie wiem, czy dało się to zauważyć (bo może nie rzuca się w oczy przy okazji czytania tego bloga), ale nie należę do osób przesadnie narzekających na to, na co się z reguły narzeka (rząd, za małe zarobki, źli księża/nauczyciele/ lekarze). Jestem ogólnie beznadziejnie nieasertywna i nie robię niemiłych uwag nawet w sytuacjach, które są wyraźnie niefajne i każdy normalny człowiek już by się wściekł i zrobił awanturę. Są natomiast sytuacje, w których witki mi opadają i czasem bardziej chce mi się śmiać, a czasem bardziej płakać. I, co znamienne, sytuacje te najczęściej związane są ze służbą zdrowia (ciekawe czemu?). Na przykład wtedy, kiedy siedzę sobie w izbie przyjęć naszego najbliższego szpitala, przywieziona przez ambulansik, więc niby coś się dzieje, ale zamiast się zająć ratowaniem pacjentki, personel musi wypełnić papierki, a panie w rejestracji zaczynają dywagacje o tym, czy Bełchatów leży na Śląsku (nie, nie leży) (i proszę się nie martwić, to przykład z zamierzchłej przeszłości). Długofalowo ostatnio witki opadają mi z powodu funkcjonowania poradni „K”. Nie jednej. Lecz ogólnie tych, z którymi się zetknęłam. A ponieważ korzystam jednocześnie z państwowej opieki medycznej i odwiedzam ginekologa za pieniążki, to mam porównanie, które niestety powoduje, że oprócz opadania witek dopada mnie również poważne napięcie nerwowe (mówiąc mniej eufemistycznie bierze mnie cholera). Porównanie otóż wypada następująco.

Pisałam już dawniej o tym, jaka jest dostępność terminów w naszej rejonowej poradni „K”. Szczęśliwie okazało się, że w przychodni oddalonej o jedyne dwa przystanki (plus jakieś 20 minut pieszo w celu dostania się na te przystanki) jest jeden lekarz, do którego wolne terminy bywają nawet bardzo szybko. To prawdopodobnie dlatego, że jest arabem i nikt do niego nie chce iść w sprawach intymnych. Mi to raczej obojętne, więc poszłam. Trochę się trudno z doktorkiem dogadać, bo mówi dużo i szybko, a czasem niewyraźnie i do niego też trzeba mówić dużymi literami, no ale bez przesady, to jest do przeskoczenia. Widujemy się więc od czasu do czasu. Oczywiście to, co irytuje mnie w publicznych przychodniach to też beznadziejne godziny przyjęć lekarzy, które ustalają chyba wyłącznie dla emerytów, bo młodsi ludzie między 11 a 14 z reguły pracują. A ja, choć jestem uparcie bezrobotna, mam jednak pracującego męża, któremu nikt nie da zwolnienia, po to, żeby mógł pilnować dzieci w czasie, gdy żona idzie sobie do doktorka. Dlatego doceniam wysiłek lekarzy siedzących w prywatnych przychodniach do 21, po to, żeby inni, również pracujący ludzie, mogli w dogodnych godzinach umówić się na wizytę.

Tym, czego nie będę krytykować w tym konkretnym przypadku, są kolejki i czas bezpośredniego oczekiwania na wizytę w poczekalni. Gdyż akurat tu te parametry są zupełnie analogiczne i zarówno w przychodni publicznej, jak i prywatnej bywa tak, że wchodzę do gabinetu natychmiast, a bywa tak, że czekam 40 minut.

Ale już po wejściu do gabinetu mamy totalny rozjazd i dwa zupełnie odmienne światy. Publicznie wizyta trwa minut 5. Prywatnie 20 (z zasady, jak coś się dzieje to dłużej). Publicznie wchodzę i za każdym razem muszę przypomnieć, kim jestem i co mnie sprowadza. Prywatnie pani doktor pyta, co u mnie i jak dzieci. Oczywiście znamy się już ponad 5 lat, ale jednak nawet od zupełnie nieznanego lekarza oczekiwałabym, że nie będzie mnie za każdym razem pytał o te same, najbardziej podstawowe rzeczy. Prywatnie w czasie każdej wizyty mam przeprowadzone badanie. Publicznie dostąpiłam tego zaszczytu jak na razie dwukrotnie (na siedem wizyt), a badanie właściwie mnie nie było badaniem mnie, tylko pobraniem próbek. Prywatnie pani doktor czyta przyniesione przeze mnie wyniki badań (zajmuje jej to powiedzmy ze 2 minuty) i je komentuje. Publicznie pan doktor przerzuca wyniki (około 6 czy 7 stron) w 3 sekundy i stwierdza, że wszystko w porządku (choć musiałby mieć zaawansowane umiejętności w zakresie szybkiego czytania, aby zarejestrować jakiekolwiek nieprawidłowości). I to, co mnie najbardziej rozwala: prywatnie pani doktor zadaje pytania. Jak się czuję, co mi dolega, czy mam to albo tamto, czy się dobrze odżywiam (akurat moja pani doktor ma bzika na punkcie zdrowego odżywiania). Pan doktor, po powiedzeniu „dzień dobry”, patrząc cały czas w moja kartę, mruczy pod nosem „waga…, ciśnienie…, stan ogólny dobry”. Pytań brak. Ja również nie mam szansy ich zadać. Wizyta ogranicza się do wypisania skierowania na kolejne badania.

Najpoważniejszym mankamentem prywatnego lekarza jest właśnie to, że wypisane przez niego skierowania nie uprawniają mnie do bezpłatnego wykonania tego, na co mnie skierowano. I to jest ból wielki, bo o ile wizyta u takiego doktorka kosztuje tyle, że nas stać na jedną do dwóch w miesiącu, o tyle badania często kosztują tyle, że nas nie stać wcale a wcale. Z tej przyczyny biegam do dwóch doktorków, co zajmuje dwa razy więcej czasu, a ponieważ ten publiczny przyjmuje w godzinach emeryckich to w ogóle rujnuje mi rozkład dnia i powoduje kombinatorstwo na szeroką skalę. Doktorek zaś ciężko kapuje, że ja mam małe dzieci, które muszą z kimś w domu zostać i choć osobiście jestem bezrobotna to nie mogę sobie chodzić po lekarzach, kiedy mi się podoba.

Żeby jednak nie wyjść na całkiem bezdusznego malkontenta na koniec tych okrutnych porównań dodam, że ogólnie jestem prawdopodobnie bardziej niż przeciętny Polak zadowolona z lekarzy w zupełnie zwykłych, państwowych szpitalach. Większość z nich, to całkiem mili ludzie. A zdarzają się i takie szpitale, które lubię bardzo i wręcz mogę je wszem i wobec polecać. (Łącznie z jedzeniem.) Zrozumienie dla ciężkiej pracy opuszcza mnie więc tylko czasem, nie jestem takim potworem.

 

A w ogóle to nie publikowałabym tej brzydkiej, niewdzięcznej notki, gdyby nie to, że Mąż mnie maltretuje, stawiając mi za wzór Cytrynnę, co jest szczytem mężowego chamstwa, gdyż Cytrynna ma ogólnie wszystko lepsze niż ja.

[soczysty wpis o małżeńskiej swobodzie]

Wszyscy nam zazdroszczą. I wcale się nie dziwię, gdyż też bym sobie zazdrościła, gdyby nie to, że nie muszę, bo przecież to ja mam tak dobrze, jak inni nie mają, hue hue hue (demoniczny śmiech to był). Mam dobrze, gdyż babcia, będąca na co dzień nauczycielką (ach, te geny) ma właśnie ferie i zwyczajowo zabrała nam dzieci. W tym roku zabrała tylko na tydzień, ale za to oboje. A to jest jednak o niebo lepsze, niż zabrać na dwa tygodnie, ale tylko jedno. Bo nawet jedno dziecko pozostające w domu powoduje, że trzeba je karmić i opiekować na innych polach, a za to nie można bezkarnie wychodzić z domu, zwłaszcza wieczorami. Niezwykle rzadko zdarza nam się, że możemy sobie aż tak bardzo robić, co chcemy i dlatego bardzo to doceniamy.

Korzystamy z naszej swobody małżeńskiej na ile się da, bo jednak ogranicza nas Mąż, który nie ma ferii, za to ma sesję (tudzież miał, bo najpewniej już ją zakończył – pomyślnie, co mnie napawa niepohamowaną dumą). Mąż, który nie ma ferii powoduje, że żona musi w sobotę wstawać skoro świt o 11 i zabierać się do gwałtownych porządków, popędzana wizją księdza chodzącego po kolędzie (nie wiem, co się w tym roku stało, że znów nas objęła kolęda, bo to nie nasza kolej, gdyż u nas byli w zeszłym roku, a odkąd tu mieszkamy odwiedzali nas co dwa lata). Ksiądz jednak chodził bardzo rozważnie i na nasze piętro, usytuowane dokładnie pośrodku bloku (co prawdopodobnie jest dość korzystną lokalizacją w razie wybuchu bomby atomowej, ale i tak korzystniej byłoby raczej zejść na ten czas do piwnicy) dotarł dopiero około pory obiadowej, kiedy już zdążyłam wszystko ogarnąć (a Mąż wrócił z egzaminu i odsypiał). Kolęda przebiegła nam jednak pomyślnie i Mąż wstał, a nawet nawiązaliśmy silniejsze relacje sąsiedzkie, gdyż od tych prawie sześciu lat nie możemy się zebrać, żeby kupić kropidło i w przypływie nagłej potrzeby pożyczyliśmy ten niezbędny sprzęt od sąsiadów. W nagrodę za mój kurodomowy trud Mąż zabrał mnie wieczorem do Sphinksa na łososia, ale podejrzewam, że zrobił to po części dlatego, że przy okazji mogłam odebrać w Matrasie zamówiony dla niego na prezent bez okazji „Bestiariusz słowiański”.

Drugiego dnia małżeńskiej swobody, czyli w niedzielę, Mąż miał aż dwa egzaminy, na które uczył się tak długo, że spał bardzo krótko i obawiałam się, że rano prześpi budzik, ale nie przespał. A ja zostałam znów sama i musiałam dopieścić mieszkanko, bo akurat spodziewaliśmy się licznych gości (spowodowanych tym, że mieliśmy u nas spotkanie wspólnoty). W rekordowym czasie dokończyłam więc sprzątanie i na trzy kwadranse przed planowanym przybyciem gości rozpoczęłam rozbieranie choinki, co było nieco samobójcze, bo uważam, że na to potrzeba ciut więcej czasu. Szczęśliwie na kwadrans przed czasem wrócił Mąż i pomógł mi dokończyć. Choinka ostatecznie zniknęła w czeluściach garderoby mniej więcej na dwie minuty przed pierwszym dzwonkiem domofonu. W nagrodę za ten jeszcze większy kurodomowy trud Mąż powiózł mnie wieczorem na stare miasto do dominikanów na mszę (ach ach, jakie to miłe móc iść do kościoła dopiero na 19 i to do takiego, do którego z reguły nie chodzimy, bo tam chodzą głównie studenci, a nie wapniaki z dziećmi). Następnie zaś zabrał mnie na rosołek i pierogi, które były moim pierwszym ciepłym posiłkiem tego dnia i mój żołądek bardzo się zbuntował na taki nieuregulowany tryb życia.

Od początku tygodnia roboczego Mąż oczywiście pracuje, jak zwykle od rana do wieczora, ale mniej mi to przeszkadza, kiedy mogę przez cały ten czas leżeć odłogiem. Ponieważ jednak samo leżenie źle mi działa na głowę i odczuwam tracenie czasu, czego nie lubię, postanowiłam, że jednak będę robiła coś konstruktywnego. Nie mogę szyć, bo nie mam tkanin. Sprzątanie jest za mało konstruktywne, bo niczym nie różni się od mojej codziennej aktywności i z pewnością nie dałoby mi poczucia odpoczywania. Wymyśliłam zatem coś innego, a mianowicie postanowiłam wziąć się za druty i wełnę. Dawno temu, w dzieciństwie, mama próbowała mnie w tej kwestii wyedukować, ale jakoś chyba nie byłam zbyt pojętna, bo w sumie teraz muszę uczyć się od nowa. Mam oczywiście odpowiednią do tego celu książkę, ale słowo pisane (plus ilustracje) okazało się w ty wypadku  być raczej mało użyteczne, bo trudno opisać tak skomplikowane czynności wystarczająco zrozumiale dla przeciętnego śmiertelnika. Nie powiem, żeby książka była zupełnie bezużyteczna, zawiera bowiem aż 450 kuszących wzorków, które z pewnością wykonam za jakiś milion lat, kiedy już posiądę wymagane zdolności manualne. Jednak w załapaniu podstaw bardziej pomocna okazała się pani na jutubie, prowadząca bardzo miłe i naprawdę kompletnie od podstaw lekcje dziewiarstwa. Po kilku próbach udało mi się nawet załapać (dodam, że próby trwały łącznie ze dwie godziny, zanim udało mi się zrobić pierwsze sensowne oczko). Jednak z biegiem czasu zniechęciłam się potężnie, bo mimo załapania techniki, nadal nie potrafię robić tego tak biegle, żeby nie było to męczarnią i żeby efekt był co najmniej znośny (zawsze oczka są za małe albo za duże, a w końcu któreś się plącze lub spada i w ataku frustracji pruję wszystko). Nie wiem więc, co będzie dalej, bo nie wierzę już w powodzenie tej misji, a tymczasem czapeczka dla Córki oraz bardziej przyszłościowe kocyki i sweterki są coraz bliższe pozostania w sferze planów na wieki wieków.

Pocieszeniowo Mąż wczoraj nie wrócił z pracy tylko umówił się ze mną na mieście, zupełnie jakbyśmy szli na prawdziwą randkę tak z sześć lat temu. Pojechałam więc sobie na Krakowskie Przedmieście autobusem, a na przystanku czekał na mnie facet, o którym oczywiście nikt nie wiedział, że jest moim Mężem od dłuższego czasu i wyglądaliśmy zupełnie jakbyśmy byli młodzi, albo co najmniej niezobowiązani, nawet jeśli w tym wieku, w którym jesteśmy. Wszak w moim wieku bycie niezobowiązaną jest zupełnie normalne jeszcze. Możemy więc stwarzać niezłe pozory, przynajmniej póki nie zdejmiemy rękawiczek. To nawet zabawne, od czasu do czasu. Poszliśmy sobie do naszej ulubionej restauracji na romantyczną kolację, choć mój Mąż jak zawsze oglądał się za kelnerką, ale mu wybaczę, bo była za młoda jak dla niego (hue hue hue, demoniczny śmiech po raz drugi). A po niezobowiązującej randce wróciliśmy jednym autobusem do tego samego domu, co lekko popsuło efekt, no ale już trudno.

Dziś mieliśmy pierwszy dzień odpoczynkowy bez wychodzenia na miasto, co nie znaczy, że nic nie jedliśmy, bo pierwszy raz w mym życiu wyprodukowałam placki ziemniaczane (wyszły nawet znośne), a także zrobiłam przezdrowy deser, który koniec końców został kolacją. Jutro jednak czeka mnie zdecydowanie więcej pracy i do tego nie będę mogła się wyspać, bo nieopatrznie umówiłam się do doktorka na zbyt poranną godzinę. Nic to jednak, jeśli pójdę spać teraz mam jeszcze spokojnie około sześciu godzin. Niniejszym dobranoc. Ciąg dalszy sprawozdania z małżeńskiej swobody nastąpi za dni kilka, o ile starczy mi sił i motywacji do pisania.

[kotku puść!]

Święta nam prawie całkiem minęły (jako i reszcie ludzkości, może oprócz wyznawców prawosławia). Przybyło nam mniej tłuszczyku, niż się spodziewaliśmy, a mój Mąż ma przesyt majonezu. Jest to pierwszy ciężki szok jaki mnie spotkał w nowym roku. Pościk, który odbywał przed świętami spodobał mu się do tego stopnia, że ma już ochotę na niego wrócić, a co więcej nawet ja nabrałam na to chęci, aczkolwiek czy się skuszę to nie jestem pewna. Ale może to by w końcu poprawiło stan moich nerek? Gdyż lekarz nie poprawi ich stanu, bo ich nie ujrzy. Gdyż aby je ujrzał, musiałyby się do niego pofatygować, a tego nie zrobią, póki nie zaczną odpadać prawdopodobnie.

Drugi ciężki szok nowego roku związany jest z tym, że Syn nam się pochorował. Nie zdarza mu się chorować przesadnie często, a przynajmniej nie tak, żeby musiał brać jakieś poważne leki, ale tym razem dopadło go ostre zapalenie ucha i wszystkiego sprzężonego, i jest biedniutki. Gorączkuje mocno i kaszle tak, że aż się dusi. Dziś, w porze kiedy powinien był usypiać, kaszlał tak strasznie, że kiedy poszłam do niego powiedział mi tylko: „mamusiu, ja tak kaszlę i kaszlę, i przez to w ogóle nie mogę spać”. I nie mógł, przez ponad dwie godziny, choć dostał przed snem syrop łagodzący kaszel, a później próbowałam go ratować miodkiem, ale nic z tego. W końcu wlazłam w internet w poszukiwaniu hasła „jak uratować dziecko które kaszle” (niedokładnie, z reguły wpisuję hasła, które w moim odczuciu są mądrzejsze). Internet zaproponował, abym przygotowała dziecku napar z tymianku. Babcia (u której chwilowo przebywamy, bo się zasiedzieliśmy po sylwestrze) akurat szczęśliwie miała tymianek, więc napar wstawiono, aby się zaparzył, a mama i tatuś (w roli kierowcy, niezbędnego dla niekierującej matki) udali się na poszukiwanie ratunku w aptece całodobowej. Ratunek znalazł się dopiero po pobraniu gotówki z bankomatu, a i tak niewielki, bo tylko syrop prawoślazowy i maść rozgrzewająca. Tymczasem po powrocie do domu okazało się, że wszystko to średnio koniecznie, gdyż dziecko śpi. I to jest ten drugi szok. Bo podobno dziecko wypiwszy nieco naparu z tymianku (posłodzonego miodem, bo bez tego paskudnie smakuje) natychmiast przestało kaszleć i stwierdziło, żeby babcia już wyszła, bo on już idzie spać, a zawsze usypia sam. Niniejszym więc ogłaszam tymianek najskuteczniejszym sposobem na kaszel (a tym razem nie przesadzam ani ociupinkę, bo Syn kaszlał naprawdę okropnie, tak że aż się dusił i wymiotował).

Mniej szokujących rzeczy jest jednak więcej. Święta spędzamy u rodziców, najpierw jednych, potem drugich. Jest to jakoś strasznie rozleniwiające, bo najchętniej spalibyśmy całymi dniami. Poza spaniem kurujemy oczywiście dziecko starsze oraz opiekujemy młodsze, które bawi się u dziadków nieźle, o ile nie doskwierają mu koty (koty u dziadków w Skarżysku są dwie, jedna kota czarna, druga kota biała, czarna jest władcza i stoicka, ogólnie przekonana, że jest w stanie kontrolować wszechświat skinięciem łapy, a biała przymilna i niepewna, potrzebuje czułości i niestety ostatnio dramatycznie jęczy po nocach). Koty, podobnie jak Córka, lubią bawić się w kuleczkowie, co powoduje ostre konflikty i bitwy o piłki oraz wyzwala okrzyki w rodzaju „Kotku, puść! Puść pike!”.

Nowy rok jak zwykle przyjmuję z pewną rezerwą, gdyż nigdy nie przepadam za nowymi rokami tak przed majem, a później one nagle się kończą :/. Chyba jednak przyzwyczaiłam się do tego już tak bardzo, że nie przeszkadza mi nadmiernie nawet to, że przede mną jeszcze cały styczeń, luty i marzec, a może nawet kwiecień, zanim zrobi się ciepło (co w tym sezonie doskwiera mi wyjątkowo, bo zima nawet jeszcze nie nadeszła). Starzeję się niechybnie i spokojniej przyjmuję rzeczywistość (choć może to również być wynik wyjścia za mąż i kojącego wpływu mego Lubego). Jak to ustaliłam ostatnio z Siostrą, kluczem do sukcesu jest głównie determinacja i na tym chyba skoncentruję się z tym roku.